Showing posts with label żądeł. Show all posts
Showing posts with label żądeł. Show all posts

Wednesday, 28 November 2012

Dziesięć żądeł, pt22


Mijał opustoszałe ulice i sklepy, nie spotykając ani jednej żywej duszy. Po drodze widział tylko raz samochód wolno przejeżdżający obok. Taka samotność działała przygnębiająco, spotęgowana jeszcze przez pogodę. Jednak nie przejmował się tym zbytnio. Rozpierała go duma po zdobyciu dwóch kolejnych nabojów. Przy okazji stracił co prawda niemal całe oszczędności i zużył przysługę Rodriga, ale miał nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na zbieranie pozostałych. Ah, już był cały mokry! Po powroci zostawi swoją misję na później i odpocznie, bo w takim stanie szukanie nic dobrego nie da. Ale skanowanie na pewno pmoże. Zakładał, że każdy nabój przenosi jakieś dane o tym projekcie. Trochę optymistyczne założenie, ale poza nim nie miał już żadnego pomysłu na lokalizację pozostałych sztuk.
W ogóle był pod sporym wrażeniem, że cztery znalazły się w jego rękach. To oznaczało, że gdzieś, ktoś – lub parę ktosiów – ma w swoich rękach pozostałe sześć. Jak Rodrigo dwa, albo Paulinka jeden.
Albo ten Żyd. Albo ktoś jeszcze gorszy. I tak wierzył, że jest w stanie je zdobyć.
Wbiegł na teren osiedla. Tu również nie było nikogo, po dzieciach nie pozostał żaden ślad. Nic dziwnego przy takim deszczu. Dotarł wreszcie do zadaszonej klatki schodowej. Był do cna przemoczony, uparcie ściskając czwarty nabój. Już spokojnie wszedł po schodach do swojego mieszkania. Zaraz po zamknięciu drzwi zrzucił z siebie wszystko na suszarkę w przedpokoju i ruszył pod prysznic. Zadanie zadaniem, trzeba dbać o swoje zdrowie.
Gdy wreszcie już stwierdził, że wystarczająco się ogrzał, poszedł do komputera i ubierając sie patrzył na wyniki skanowania drugiego naboju.
Właściwości był niemal identyczne z poprzednim. Waga, rozmiary i te sprawy.
I tak samo jak poprzedni, był nośnikiem danych. Jednak zawartość była diametralnie różna. Nie było żadnego filmu.
Były tylko dwa pliki tekstowe, a w każdym po dwa ciągi liczb. O co w tym chodziło? Nabój, zamiast odpowiedzieć na jego pytania, dodał nowe. Może to jakieś kody dostępu? Ale jeśli tak, to do czego i gdzie to jest? Albo zaszyfrowana wiadomość? Tym gorzej – nie znał kodu do szyfru, a złamanie go na pewno zajęłoby dużo czasu.
Nagle żołądek przypomniał mu, że nic dzisiaj nie jadł.

Wednesday, 21 November 2012

Dziesięć żądeł, pt21


- No co tak siedzi, milczy i się gapi? Przyszedł handlować, niech handluje, a nie czas mi zajmuje i nic nie osiąga – głos Żyda wyrwał go z rozmyślań. I dobrze.
- Zgoda. Więc powiem krótki. Wiem, że jest pan w posiadaniu pewnego niebieskiego naboju. ten nabój chciałbym od pana odkupić.
- Niebieski nabój! A to nie wie, że kolorowe są tylko zabawki dla dzieci, a nie naboje! – Zbulwersował się handlarz, wyrzucając ręce w górę.
- Właśnie niebieski. wiem, że go pan ma i chcę go odkupić – powtórzył spokojnie Owen.
- No niech mu będzie, uparty jak osioł i się jeszcze przymila – dziadek wstał i podreptał do meblościanki, wyciągając pęk kluczy. Otworzył jedną ze środkowych szufladek i wyciągnął towar. Wyglądał tak, jak pozostałe. Serce Owena aż zabiło szybciej.
- O ten właśnie mi chodzi – powiedział.
- No przecież wiem, że ten! – Odkrzyknął mu staruch. – Jeszcze kolory rozróżniam! Ci ludzie w dzisiejszych czasach, całkowity brak szacunku dla starszych. I jeszcze się buntują, jak się im pokazuje, że źle robią i poprawia. Ej, źle się dzieje, oj źle – marudził, wracając do stołu. – A co ma w zamian za to? – Zapytał.
- Mam takie małe cudo – odparł, wyciągając zawiniątko Rodriga i przesuwając je po stole w kierunku Żyda. Ten jakby od niechcenia podniósł pakunek i rozwinął papier, wyciągając srebrny wisiorek z dużym szafirem na miejscu medalika. Nic dziwnego, że nie mógł tego sprzedać. Na pewno nie przychodzili do niego chętni na coś takiego.
Przynajmniej się mu podobał. Chyba. Oglądał go z lekko otwartymi ustami, trzymając łańcuszek tuż przy oczach.
- Jest wart zdecydowanie więcej niż nabój – zauważył lekko zaskoczony tym faktem Owen. Chociaż wiedział, że nie będzie to aż tak proste.
- Ładny, ładny, nawet duży... – mruczał do siebie Żyd, oceniając biżuterię. Owen cierpliwie czekał na werdykt. Zegar odtykał dobre parę minut, zanim wisiorek wrócił do opakowania.
- Za mało za nabój – stwierdził krótko.
- Co? – Padło równie krótkie pytanie.
- No jak to co? No jak to co!? Za mało! Przynosi mi tu takie małe coś, chce w zamian takie rzadkie i jeszcze się dziwi, że nie dostaje? I jeszcze gada jak z obory, a do bogactwa się pcha! Co za ludzie, co za świat!
Gadanina zaczynała wytrącać go z równowagi. Z takim podejściem powinien mu dopłacić do naboju, a nie jeszcze narzekać. Szybko się opanował i zaczął:
 - Na pewno nie za mało. To tylko nabój, o wartości tylko dla kolekcjonerów. Takich, wnosząc po wystroju, wiele tu nie przychodzi, bo raczej nie grzeszą dużym majątkiem. Naszyjnik natomiast kupi dużo więcej osób i za jeszcze większą cenę, z której podbiciem nie będzie pan miał problemu. Zyskamy na tym obaj.
Dziadek uważnie go słuchał, a gdy skończył, chytrze się uśmiechnął.
- No, czyli jak chce, to nie jest taki głupi. Szkoda tylko, że nie chce – zaśmiał się cicho. – Niech będzie, że ma rację. Wisiorek za nabój, żeby to ojciec widział... świat schodzi na psy, mówię! – Trajkotał, zawijając z powrotem naszyjnik i podając Owenowi upragniony czwarty nabój. Ten wziął go, uścisnął starą rękę i podniósł się, gotów do wyjścia i zadowolony ze swojego sukcesu. Liczył, że starzec go odprowadzi, on jednak wrócił do swojej księgi i nie zwracał uwagi na otoczenie.
- To ja pana zostawię. Do widzenia – rzucił.
- Tak, tak, niech zamknie drzwi – wymamrotał Żyd nawet nie podnosząc wzroku.
Owen wzruszył ramionami i wyszedł przez ciemny korytarz na zewnątrz, ostrożnie zamykając drzwi. Nadal lało jak z cebra. Westchnął zrezygnowany, założył kaptur i pobiegł do domu ściskając w dłoni nabój.

Wednesday, 14 November 2012

Dziesięć żądeł, pt20


- Dzień dobry, przyszedłem coś od pana odkupić i...
- Pana! Odkupić! Dobre sobie! Ja nic nie sprzedaję, nie kupuję, nic! A teraz wara!
- Rodrigo twierdził inaczej... – zdołał wydusić zanim drzwi zamknęły się z hukiem tuż przed jego nosem.
I znowu się otworzyły.
- Rodrigo, hę? Powinien uważać, jaki motłoch tutaj zaprasza. Ja nie prowadzę tu żadnego hotelu żeby każdego po kolei z ulicy zapraszać. Wejdzie i zamknie drzwi może wreszcie? Przeciąg tylko robi i ledwo się odezwie – Żyd podreptał z powrotem do ciemnego środka. Owen posłusznie spełnił jego polecenia i podążył za nim. Ściągnął kaptur. W środku przecież nie padało.
Niemal natychmiast ogarnął go silny zapach stęchlizny. Ten przeciąg jednak by się przydał. A oświetlenie jeszcze bardziej. Jedyne światło dochodziło z otwartych drzwi na końcu korytarza, przez które właśnie przeszedł starzec.
Wspomnienie o Rodrigu może nie było najmądrzejszym posunięciem, ale przynajmniej dostał się do środka. Poza tym, wyglądało na to, że się znają, więc może nie będzie miał o to pretensji. I skąd mógł wiedzieć, że staruch będzie taki rezolutny?
Był wielce ciekaw, jakie skarby sprzedaje tajemniczy człowieczek. Jeszcze kilka kroków i....
W przejściu stanął jak wryty. Widok odjął mu mowę i stał, gapiąc się na pokój.
Nie za bardzo wiedział, czego się spodziewać, jednak na pewno nie tego. Pokój był raczej mały, odpowiedni dla tego typu budynków. Na tym kończyły się podobieństwa do ruder.
Pomieszczenie pełne było różnorakich skarbów. Naprzeciwko wejścia stała meblościanka pełna malutkich szuflad. Mógł się tylko domyślać, co zawierały, a reszta dawała do myślenia. Przed meblościanką stał mały ołtarzyk ze złotą Menorą, jakąś księgą i paroma pojedynczymi świecami. Po swojej prawej miał prawdziwie banalny kufer pełen złota i innych błyskotek. Nad nim, na kilku półkach błyszczały różnego rozmiaru puchary i kielichy. Dalej, w kącie, stała komoda, zza przeszklonych drzwiczek zdradzająca porcelanową zastawę jako zawartość. Następny był zegar wysoki niemal do sufitu, z wymyślnie wykończonymi wskazówkami i wahadłem wysadzanym kamieniami szlachetnymi. Na środku, pod ogromnym, rozłożystym żyrandolem siedział przy stole Żyd, skrobiąc coś w grubej księdze. Na przeciwległym końcu, trochę psując kompozycję, wisiał duży telewizor naścienny, z puchowymi kanapami i małym stolikiem na kawę. Całość dopełniały wszechobecne i różnych wzorów oraz wymiarów dywany i obrazy. Nie było skrawka podłogi bez dywanu i ściany bez działa sztuki.
Opanował się i siadł na wolnym krześle. Jak na razie wszystko, czego doświadczył, mocno go zaskoczyło. Przepych bił w niego niezależnie od tego, gdzie skierował wzrok. Nieważne, jakim ten dziadek był handlarzem, nie mógł  tyle zarobić na banalnym kramarstwie. Musiał coś ukrywać. Chciał wiedzieć co, ale nie mógł go po prostu zapytać. Cała sytuacja wydawała się mu bardzo niekomfortowa, więc postanowił jak najszybciej dobić targu i wrócić do siebie. Nawet ulewny deszcz wydawał mu się teraz przyjemny.

Wednesday, 7 November 2012

Dziesięć żadeł, pt19


Znów nie mając dużego wyboru, schował zawiniątko do kieszeni, przy okazji macając zawartość, – wyczuł drobny łańcuszek i coś większego, twardego, jak kamyk – założył kaptur i pobiegł w prawo, unikając kałuż i szukając budynku. Puste stragany skłoniły go do refleksji. Jeszcze przed chwilą to miejsce było zatłoczone i pełne życia, a taka drobnostka jak deszcz przegoniła stąd wszystkich, zostawiając tylko jego, wszechobecne kałuże i rdzewiejące szkielety kramów – wytrwałych, pozostałości „ataku” na ludzi, i pozostawione szczątki cywilizacji. Oto, jak prosto i szybko można zniszczyć ludzkość.
Otrząsnął się z mrocznych wizji wojny i zniszczenia zbliżając się do starego budynku z właśnie siedmioma oknami frontowymi. Czas wywarł na nim swoje piętno – z dwupiętrowej kamieniczki odpadło wiele tynku, same okna były stare i był prawie pewien, że przez dach przecieka woda. Całość sprawiała wrażenie rudery, jakby w każdej chwili mogła się zawalić.
Niebo rozświetliła błyskawica, dodając do efektu niczym z horroru. Owen się tym nie przejął Podbiegł do daszku nad wejściem, westchnął z otuchą i otrzepał się jak kot. Przez burzę zrobiło się tak ciemno, że przy osłoniętych drzwiach panował półmrok. Nie widział żadnego dzwonka do drzwi, ale zwalił to na ciemności. Spróbował go wymacać. Żadnego nie znalazł, ale włożył rękę do przynajmniej dwóch pajęczyn. Zrezygnowany i lekko obrzydzony zwyczajnie zapukał do drzwi.
Nikt nie otwierał. Zapukał jeszcze raz i czekał. Dalej nic. Zapukał po raz trzeci, głośniej. I nic. Może spał, albo nie słyszał. Westchnął i zbierał się do biegu przez deszcz z powrotem do domu. Ta perspektywa jednak nie była zachęcająca.
Usłyszał przytłumione kroki za sobą. Ktoś w środku szedł do drzwi. Odgłosy narastały, wreszcie ustały tuż przy drzwiach. Otworzył się jeden zamek. Drugi. Trzeci. Odsunął się łańcuch. Wreszcie czwarty zamek i drzwi stanęły otworem. 
A za nimi widział ciemność. Pustkę. Spojrzał w dół i zobaczył małego Żyda.
Nie mógł znaleźć dla niego innego określenia. Wzrostem był na poziomie jego brzucha. Na pewno był niski z natury, a garbata postura tylko zwiększała różnicę. Miał bielutkie, długie włosy i brodę, charakterystyczny kapelutek i czarne szaty. Cała postawa dawała wrażenie słabej i wrażliwej, ale jednak mądrości. Wypisz, wymaluj Żyd. Nawet pachniał cebulką.
Ale w ogóle nie przypuszczał, że tak się odzywa.
- Czego? Na górę właśnie poszedłem i zaraz się kto dobija. Nie widzi, że późno?
Nie wiedział co powiedzieć. Taki początek rozmowy był całkowicie nieoczekiwany. Zamykał i otwierał usta walcząc z zaskoczeniem i gapiąc się na dziadka.
- No co tak stoi, rozdziawia gębę jak ta krowa? Nie mam na takich czasu, co przychodzą i tylko mi głowę zawracają. No wyduś to z siebie!
Autentycznie myślał, że gość zaraz go pobije.

Wednesday, 31 October 2012

Dziesięć żądeł, pt18


- Tak jak mówiłem, Owen – zatarł ręce. – Króla trzeba szanować.
- Taki szacunek to ja rozumiem – wymamrotał, wyławiając zagubioną monetę ze swojej kieszeni. – To co z tymi informacjami? Miałeś mi coś powiedzieć.
- Tak, tak, pamiętam o tym. Rodrigo nie zapomina o przyjaciołach, a ty Owen, jesteś dla mnie przyjacielem. A więc słyszałem, że stary Żyd, który ma sklepik na skraju bazaru, dostał w swoje ręce jeden niebieski nabój. Chociaż znając go, tak łatwo się z nim nie rozstanie. będziesz potrzebował dobrych argumentów, żeby dostać ten nabój.
- jakoś dam sobie z tym radę, ale jaki sklep? Żadnego takiego nie widziałem, a chodzę
tu często.
- Bo jego sklep to sklep dla wybranych – kramarz rozłożył ręce. – Nie ma żadnych reklam
i znaków, więc mało osób o nim wie. Ale Rodrigo wie o wszystkim na bazarze.
- Żadnych znaków, mówisz? To jak mam poznać, który to sklep?
- Po jednej charakterystycznej rzeczy. Żydzi to bardzo religijni ludzie, a ten to nie wyjątek.
A że chciał otwarcie pokazać swoje żydostwo, kazał zamurować jedno z okien budynku tak, że jest ich teraz siedem, jak ramiona Menory. Sprytne, co?
- Bardzo – Owen zamyślił się. – Wielkie dzięki za te informacje, Rodrigo. Czas, żebym się zbierał. Robi się już późno, pada, a jeszcze mam robotę.
- Dobrze, ufam, że się spieszysz, ale poczekaj. Rodrigo dba o swoich przyjaciół.
Odwrócił się i zaczął grzebać w jednej ze skrzyń. Wyciągnął z niej małą paczuszkę zawiniętą
w biały papier.
- To taka mała zapłata za twoją pomoc. Na pewno ci się przyda, jest coś warta, a ja nie mogłem znaleźć na to kupca.
Wręczył Owenowi paczuszkę i uścisnął mu rękę.
- Dzięki, Rodrigo – Owen uśmiechnął się. – Wierzę, że masz rację. A teraz idę. W którą stronę do tego Żyda?
- Wyjdź z kramu Rodriga i idź w prawo. Powodzenia, Owen.
Skinął mu jeszcze głową i wyszedł. Deszcz dalej mocno padał, a na ziemi kałuże były już duże na kilka metrów. Wszystkie stoiska stały opustoszałe po tym, jak wynieśli się handlarze, zostawiając tylko kram Rodriga.

Wednesday, 24 October 2012

Dziesięć żądeł, pt17


Przyniosło to porządne dochody. Prawie każdy klient odchodził z torebką z nabojem
i uśmiechem na twarzy. Obsłużył nawet jakiegoś dziadka, który szukał prezentu dla wnuczka. Tak
to go rozczuliło, że wyciągnął spod lady specjalnie wygrawerowany pocisk z dużą i bardzo wydetalowaną sarną na łące. Przynajmniej młody będzie miał trochę radości w życiu.
No i zadowolony dziadek dał małą premię.
A kolejka wcale nie chciała się zmniejszać. Na miejsce każdego obsłużonego klienta przychodził nowy. I tak mijały godziny, aż wreszcie zaczął padać deszcz.
O ile lekki chłód zdawał się wręcz stymulować tłum, zimna woda szybko go przerzedziła. Krople dudniły o brezentowy dach, kałuże zbierały się w ugniecionych dołkach, nie mogąc odpłynąć do żadnej studzienki. Ludzie uciekali pod dachy albo rozkładali parasole i kontynuowali swoje wędrówki przyspieszonym krokiem.
Owen żałował, że nie wziął swojego.
Przynajmniej wszyscy sobie wreszcie poszli. Odetchnął głęboko, lekko męczony pracą. Robił to może parę godzin, a już był zmęczony. Zastanawiał się, skąd Rodrigo miał siły i chęci robić
to co dzień i przez cały czas. Może przyzwyczajenie, inny charakter? Albo nie podobało mu się to, ale coś w życiu trzeba robić. Tak czy owak, wychodził na tym dobrze. Jego kieszeń była wypchana i ciężka od pieniędzy, a całkiem sporo było w niej banknotów.
Rodrigo, dalej z tym samym lekkim uśmiechem, popatrzył na niego i skinął głową w kierunku zaplecza. Razem weszli na tył sklepu. Owen wyciągnął całe zarobki i usypał z nich kupkę na środku biurka.
- Twoje towary schodzą jak ciepłe bułeczki – zauważył.

Wednesday, 17 October 2012

Dziesięć żądeł, pt16


- Sprzedanie go jest dla mnie bardzo trudne, na pewno jest cennym obiektem kolekcjonerskim i zszedłby w jakimś domu aukcyjnym za gruby pieniądz. No, ale jesteś dla mnie przyjacielem, więc dla ciebie zrobię wyjątek. Trzy tysiące.
Szokująco wysoka cena. Dziesięć razy większa od poprzedniej.
- To trochę dużo nawet jak na takie cudo, nie uważasz? Tysiąc.
- Może i dużo, ale wyrobiłem sobie sentyment do tego cacka. Dwa.
- Półtora i tak wyleczy twój ból, - i opróżni niemal do cna mój portfel, pomyślał – a i tak dużo na tym zyskasz. Zgoda?
- No, zgoda. Choć i tak ciężko mi jest się z tym rozstać.
Wyciągnął rękę na znak zgody. Owen ją uścisnął, wyłowił portfel i wyciągnął uzgodnioną sumę. Handlarz otworzył pudełeczko leżące na biurku. W nim był niebieski nabój w specjalnie dopasowanej otoczce z pianki ochronnej. Wymienili się, towar za pieniądze. Rodrigo szybko
je przeliczył, a Owen schował nowy nabytek do kieszeni i udał się do wyjścia. Na progu jeszcze odwrócił się i zapytał:
- Rodrigo, na pewno zbijasz na tym kupę forsy, dlaczego tkwisz na bazarze zamiast przenieść się do normalnego sklepu?
Zapytany schował pieniądze do tylnej kieszeni spodni i zacierając ręce podszedł do Owena.
- Bo widzisz, tutaj Rodrigo to król bazaru, a w jakimś sklepiku Rodrigo byłby tylko sklepikarzem. A króla, mój drogi, trzeba szanować.
Pokiwał głową na znak zrozumienia – choć nie był pewien, czy naprawdę to zrozumiał –
i wyszedł.
A potem zatrzymał się kilka kroków przed straganem.
Króla trzeba szanować, a król również dużo wie.

Wrócił na zaplecze, gdzie Rodrigo szperał w jednej ze swoich skrzyń. Ta była pełna zwykłej amunicji karabinowej.
- Hej, Rodrigo, czy wiesz czasem, kto jeszcze może mieć takie niebieskie strzały?
- Już myślałem że nie zapytasz – wyprostował się, magazynki w ręku. – Może skusisz się? Normalne naboje dla normalnych broni. Dobra okazja.
- Dobrze wiesz, że mam od ciebie cały zapas takiej amunicji. Teraz interesuje mnie co innego. Możesz mi pomóc?
- Oczywiście. Chodźmy na front.
Posłusznie poszedł za Rodrigiem. Tam do kramu ustawiła się już mała kolejka chętnych
na akcesoria.
- Pomóż mi trochę, co? Rodrigo umie się odwdzięczać.
Zgodził się, bo jaki miał wybór? Obsługiwał klientów stołu z nabojami, wykorzystując swoje doświadczenia ze zbierania własnej kolekcji i zdolności interpersonalne do przekonywania do zakupu i zawyżania cen towarów. Wszystko w granicach normy, rzecz jasna.

Wednesday, 10 October 2012

Dziesięć żądeł, pt15


Coś przyszło mu do głowy. Już wiedział, do kogo pójść po informacje. Przesuwał się powoli
w gąszczu kramów i przechodniów, niemal w ogóle nie zwracając uwagi na eksponowane towary. Ilość ludzi była naprawdę nieprzeciętna. Zazwyczaj można było spokojnie i bez przeciskania się dojść do swojego celu. Dzisiaj pełne były i stragany, i przejścia pomiędzy nimi.
Wreszcie dotarł jednak do całkiem sporego kramu pełnego akcesoriów i dodatków do broni. Na stołach leżały doczepiane latarki, bagnety, celowniki, pojemniki na magazynki, nawet małe butelki na napoje energetyczne. Zawieszone na sznurkach z poprzeczki podtrzymującej brezentowy dach wisiały różnej długości i grubości szyny i tłumiki. Na tylnej ścianie wisiała koralikowa zasłona prowadząca do zaplecza. Wiedział, że tam trzymane były najciekawsze (i nie do końca bezpiecznie) towary: granatniki, celowniki snajperskie, maczety, granaty zwykłe i specjalistyczne, nawet broń. Raz widział, jak handlarz przyniósł stamtąd wyrzutnię rakiet. Kilku gapiów aż uciekło. Sam kramarz obsługiwał właśnie kilku mężczyzn w skórze. Stali przy stoli z dekorowanymi nabojami, ulubionym Owena.
Podszedł do nich. Klienci mieli długie włosy oraz brody i nosili ciemne okulary. Na pewno przyjechali na motorach, ale tych nigdzie nie było widać. Nie żeby było dla nich miejsce w tym tłoku.
Oglądali bardziej wyzywające rzeźbienia. Wybór tych był bardzo duży i stanowił znaczną część zbytu nabojów z tego straganu. On starał się trochę wyrównać balans i wybierał niemal wyłącznie
te z poprawnymi etycznie dekoracjami. Ale każdy mężczyzna potrzebował czasem sobie odpuścić.
Brodacze kiwnęli głowami, zapłacili paroma pomiętymi banknotami i po kolei uścisnęli rękę handlarza. Ten dał im mały woreczek i rozeszli się. Owen podszedł do stołu. Krępy sprzedawca wyraźnie się ucieszył na jego widok.
- Owen! Co Rodrigo może dla ciebie zrobić?
- Witaj, Rodrigo – oparł się o stół. – Słuchaj, mam do ciebie delikatną sprawę. Możemy...? – Skinął głową w kierunku zaplecza.
- Oczywiście. Zapraszam.
Weszli na tyły kramu. Było tam pełno różnych rozmiarów skrzyń i leżących luźno towarów oraz małe składane łóżko z biurkiem pełnym drobiazgów i szpargałów. Pojemność tego miejsca, niewiele większego od frontowej części sklepu, była wprost zadziwiająca i na swój sposób rozpraszająca.
Na łóżku leżała strzelba bojowa i kilka rewolwerów. Podniósł jeden z nich i obejrzał żłobienia na jego powierzchni. Była to strzała owinięta płomieniami ognia. Całość oczywiście bez kolorów.
- Ładna broń – odłożył rewolwer na swoje miejsce. – Ale przyszedłem tu po coś innego. Pamiętasz ten niebieski nabój, który mi sprzedałeś przedwczoraj?
- Oczywiście. Jedyne w swoim rodzaju egzemplarze. Ciężko o nich zapomnieć, a jeszcze ciężej się... rozstać.
- Rozumiem – westchnął. – Ile?

Wednesday, 26 September 2012

Dziesięć żądeł pt 14


Wysłał paczkę priorytetem. Zależało mu na czasie. Broń byłaby bardzo pomocna w obliczu mafii albo wielkich korporacji. Przesyłka dotrze do doktora nazajutrz, a ulepszenia wprowadzi w ciągu następnego dnia. Razem z podróżą powrotną cała operacja powinna zająć trzy dni.
Wyszedł na zewnątrz i wziął głęboki oddech. Powietrze było bardzo wilgotne. Zanosiło się
na deszcz. Powoli ruszył przed siebie.
Wrócił myślami do naboi. Analiza powinna się wkrótce skończyć, ale nie chciał jeszcze wracać do siebie. Odrobina szukania na własną rękę nie mogła mu zaszkodzić.
Tylko gdzie powinien szukać?
Do głowy nie przychodziło mu żadne, w którym takie coś mogłoby się znaleźć. Trzeba więc było zasięgnąć języka u kogoś, kto orientował się w odpowiednich kręgach. Był z tym jednak mały problem. Nie znał nikogo takiego. Chociaż, może....
Zawędrował na plac targowy. Pomimo licznych supermarketów i sieci sklepów drobne stragany przyciągały sporo klientów, dość, żeby utrzymać sprzedawców. A ci z sobie tylko znanych źródeł sprowadzali na targ wszystko: owoce, warzywa, ubrania, obrazy, nawet auta.
I części do broni.

Thursday, 30 August 2012

Dziesięć żądeł, pt10


Jej tata, którego zbliżenia nie zauważył Owen, gwizdnął ze zdziwienia.
- Ciekawa rzecz.
- I bardzo prosto wymienić wkład. Czy mogę? – Wyciągnął rękę do dziewczynki. Ta z niechęcią oddała nabój. – Wystarczy odkręcić główkę i wymienić zbiorniczek z zapachem – jak powiedział, tak zrobił. Mały pojemniczek wewnątrz zabawki był niemal pełen lekko różowego płynu. – Zamienniki można kupić w każdej drogerii i nie są takie drogie.
Złożył z powrotem nabój i oddał go Paulinie.
- To co, wymienimy się?
Dziewczynka popatrzyła na przedmioty wymiany oceniając, na czym lepiej wyjdzie. Dość niechętnie dała Owenowi niebieski nabój. Podziękował i uścisnął jej rękę na znak zgody. Po tym tata wziął ją do domu na obiad.
Z nowym nabytkiem w dłoni Owen wrócił do mieszkania. Pierwszy nabój wciąż był analizowany, ale podłączył drugi używając dodatkowych kabli. Ustawił jego skanowanie jako następne w kolejce.
Wreszcie postanowił coś zjeść. Zaglądnął do lodówki, jednak oprócz odrobiny sera i paru jogurtów nie było w niej nic ciekawego. Wyciągnął telefon z kieszeni i zamówił chińszczyznę
z niedalekiej restauracji. Rozsiadł się na kanapie i włączył telewizor. W wiadomościach, na które był akurat czas, mówili o eksplozji na strzelnicy. Szybko zmienił kanał. Właśnie zaczynał się film sensacyjny. Z przyjemnością wziął się za oglądanie. Po jakimś czasie do drzwi zadzwonił dostawca
z restauracji. Niechętnie podniósł się, odebrał jedzenie i zapłacił chłopakowi. Wrócił na siedzenie
i jadł, oglądając film, co jakiś czas popijając dołączoną do zestawu colą.
Gdy film skończył się szczęśliwie, na zewnątrz było już ciemno. Odstawił zjedzony posiłek
do kuchni, w łazience umył zęby, sprawdził postęp analizy – dalej trwała – i położył się spać.

Thursday, 9 August 2012

Dziesięć żądeł, pt9


Owen kiwnął głową i pobiegł do mieszkania. W środku zerknął na komputer – analiza pierwszego naboju dalej trwała – i ponownie udał się do schowka. Ze środka wygrzebał sporych rozmiarów metalowe pudełko i otworzył je.
Wewnątrz, w specjalnie wymodelowanych otworach znajdowały się rozmaite naboje –
od małych pistoletowych do ogromnych snajperskich. Wiele miała wygrawerowane na sobie wzory – rośliny, zwierzęta, napisy, symbole. Zdjął wierzchnią warstwę swojej kolekcji, odkrywając kolejne,
z bardziej szczegółowymi i większymi wzorami. Kilka miało nawet kolor, ale nie służyły one
do strzelania. Wyciągnął jeden z nich, ten w kolorze różu. Przyjrzał się główce. Bez śladów i rys. Dobre wykonanie i jeszcze lepsza konserwacja spisały się jak trzeba.
Pochował wyciągnięte naboje i schował pudełko na swoje miejsce. Wyszedł na klatkę schodową, zamknął mieszkanie i biegiem wrócił do dziewczynki. Ta biegała dookoła chodnika, a jej tata siedział na ławce przy wejściu do klatki. Gdy tylko zobaczyła Owena, podbiegła do niego.
- Owen! Wróciłeś! Masz to specjalne coś?
- Tak, mam – kucnął przy niej i dał jej nabój. – Proszę. Ładne?
- Tak, ale... – odwróciła wzrok. – Prezent taty jest fajniejszy...
- To jeszcze nie wszystko. Naciśnij czubek.
Zrobiła, jak kazał. Główka bez problemu weszła do środka pod wpływem jej rączek, potem
z kliknięciem wróciła na swoje poprzednie miejsce. W powietrzu rozszedł się zapach fiołków. Oczy Pauliny rozszerzyły się z zachwytu.

Thursday, 2 August 2012

Dziesięć żądeł, pt8

Problemy z połączeniem znowu opóźniły nową część. Mam nadzieję, że się to nie powtórzy.


Dziewczynka odwróciła się na jego głos i pobiegła do niego.
- Tato! Tato! To jest Owen, ten pan, który biega w tym czarnym stroju po osiedlu!
- I czego od ciebie chciał, Paulinko? – Spytał ojciec biorąc ją na ręce.
- Pytał się o prezent od ciebie! Chyba mu się podoba.
Czując się wyjątkowo niezręcznie, podszedł do rodzinki. Wykorzystując element zaskoczenia, pewnie dałby radę uciec z nabojem. Ale dalej pozostałyby problemy z prawem i potrzeba przeprowadzki. Zamiast tego, miał w głowie inny, bardziej dyplomatyczny plan.
- Ma pan wspaniałą córeczkę. Mam jeszcze dla niej małą propozycję. Mogę ją przedstawić?
Mężczyzna lustrował Owena wzrokiem, rozważając ofertę. W końcu kiwnął głową.
- Tylko bez szaleństw.
- W porządku – Owen skupił wzrok na dziewczynce. – Co powiesz na wymianę?
- Jaką wymianę? – Zmarszczyła nosek.
- Tego – wskazał na nabój – za coś specjalnego.
- Za co?
- Jeśli tu poczekasz, to to przyniosę, i będziesz mogła je obejrzeć. Co ty na to? Poczekasz?
Dziewczynka przekrzywiła głowę, myśląc. Odwróciła się do swojego ojca.
- To co, tatusiu? Możemy poczekać?
- Chyba możemy – westchnął. – Tylko nie za długo.

Tuesday, 31 July 2012

Dziesięć żądeł, pt 7 i terminy są trudne

Przez tydzień (15-22 lipca) byłem na wakacjach bez dostępu do internetu i możliwości wrzucenia kolejnej części, a przez następne 13 dni ciągle i ciągle zapominałem o blogu. Teraz więc zamieszczam dłuższy post, a jutro, jak zwykle, kolejną część.




Wrócił do swojego mieszkania w jednym z nowych blokowisk i rzucił plecak na łóżko. Od razu włączył swój komputer, po czym wziął się za szukanie odpowiednich kabli
i połączeń w schowku koło szafy.
Zanim wygrzebał właściwe, komputer zakończył procedury uruchamiania. Wyciągnął dalej świecący pocisk, postawił go między monitorem a klawiaturą i podpiął przewody do wyjść komputera, a następnie do naboju. Uruchomił program skanujący i wyszedł na zewnątrz. Skanowanie powinno skończyć się nawet przed jego powrotem.
Zbiegł szybko po schodach – nie było ich wiele między drugim piętrem a parterem – i udał się na krótki spacer po blokowisku. Po paru minutach cieszenia się rześkim wiosennym powietrzem
i ciepłym słońcem wyciągnął telefon i zadzwonił. Odebrał starszy, zamyślony męski głos.
- Tak? Halo? Owen? Czy to ty?
                - Tak, doktorze. Tak jak pan chciał, sprawdziłem ten nowy moduł magnetyczny.
                - Tak? To wspaniale! I jakie efekty? Jakieś przemyślenia? Uwagi?
      Zrelacjonował doktorowi całą sytuację na strzelnicy. Czas i dźwięk ładowania. Strzał. Wiązka światła. Odrzut.
Uderzenie i grad odłamków. Dziura po strzale.
Nie wspomniał o pocisku. Chciał to najpierw zbadać samemu.
- Pocisk wyłączył zasilanie w budynku. Ludzie myśleli, że to zamach bombowy – skończył Owen.
- O mój...ale nie zraniłeś nikogo? Puścili cię?
- Tak. Obyło się bez rannych i problemów.
- Chwała!... Wyślij mi swój karabin, i to jak najszybciej. Trzeba kontynuować badania. I uważaj na siebie!
- Proszę się o mnie nie martwić, doktorze. Dam sobie radę.
Rozłączył się i westchnął. Nadopiekuńczy charakter doktora działał mu na nerwy.
Podczas rozmowy nie przestał chodzić i zbliżał się właśnie do placu zabaw obok jego bloku. Biegało po nim kilkoro dzieci, a ich rodzice siedzieli na ławkach dookoła i rozmawiali ze sobą, pilnując swych pociech. Wydawali się całkowicie spokojni, zajęci sobą. Najwyraźniej wieści o rzekomym zamachu jeszcze do nich nie dotarły. I dobrze. Tylko by się niepotrzebnie przejmowali.
Coś małego i śmiejącego się uderzyło go w nogi. Dopiero wtedy dotarło do niego, że stanął
w miejscu. Spojrzał w dół. Przed nim, mała zarumieniona dziewczynka dukała przeprosiny. Kucnął żeby mieć jej oczy na równi ze swoimi. Już miał zacząć mówić, że nic się nie stało, że jest w porządku, gdy zauważył, że w swoich malutkich rączkach ściska nabój identyczny do tego w jego domu.
Więc było ich więcej? Chciał zdobyć ten i jakiekolwiek inne istniejące egzemplarze. Dla kolekcjonera jak on każdy był warty fortunę, a takie małe dziecko nawet nie wie, co trzyma. Trzeba było działać, najlepiej sposobem.
- Nic się nie stało. A tobie nic nie jest? – Zapytał.
- N-nie...-wyjąkała dziewczynka, odwracając wzrok.
- To dobrze. Jak masz na imię?
- Tata powiedział, żebym nie rozmawiała z obcymi – ponownie skupiła się na nim i uniosła bródkę. – A pan jest obcy.
- Ja nie jestem obcy. Na pewno mnie tu już nieraz widziałaś. Często biegam po osiedlu – uśmiechnął się. Miał nadzieję, że przekonująco.
- W sumie – znów się zmieszała – faktycznie pana znam. Ma pan taki śmieszny czarny kostium!
Śmieszny kostium. Prototypowy pancerz z włókien węglowych. Lekki, odporny
na uszkodzenia, specjalnie przystosowany do wysiłku fizycznego. A ona nazwała go śmiesznym! Rozważał zwyczajne zabranie jej naboju i powrót do mieszkania. Tak byłoby prościej.
- Tak, to mój kostium, masz rację – odpowiedział, wzdychając.
- No więc ja jestem Paulina – dziewczynka rezolutnie wyciągnęła przed siebie rączkę.
- A ja Owen. Miło mi – uścisnął ją z lekka. – Powiedz mi, co tam trzymasz? – Wskazał
na trzymaną sztukę amunicji.
- To? – Pokazała nabój. – To prezent od tatusia. Dostałam to na urodziny.
- A jest dla ciebie cenne?
- Tak! Bardzo! Jest piękne, i jest od tatusia! To najlepsza rzecz, jaką mam.
- Więc nie chcesz się z nim rozstać?
- Nie. W życiu – zacisnęła na naboju rączki aż do białości.
To utrudniało sprawę. Wyrwanie jej go z rąk byłoby zdecydowanie bezproblemowe. Mała dziewczynka nie mogła stawiać oporu. Szkoda tylko, że po czymś takim konieczna byłaby przeprowadzka. Chociaż taki skarb pewnie byłby tego wart.
- Hej! – Krzyk wyrwał go z zamyślenia. Zza bloku wyszedł ojciec dziewczynki. Jego widok rozwiał plany kradzieży. Facet był większy i szerszy od niego, z ogoloną głową i dresami na sobie. Ogromne mięśnie wypełniały ubiór, a pięści już miał zaciśnięte, gotów zaatakować Owena.

Thursday, 12 July 2012

Dziesięć żądeł, pt6


Tak rozmyślając wracał do swojego karabinu. Już przy blacie wróciło zasilanie, dając mu pełny ogląd zniszczeń. Pokój wyglądał, jakby wybuchła w nim małą bomba. Co tak dalekie od prawdy nie było.
Złożył broń, pozbierał pozostałe naboje do woreczka i wrzucił wszystko do plecaka. Świecący schował do oddzielnej kieszeni. Wyszedł na korytarz pełen w większej części przestraszonych
i bladych amatorów strzelania i policjantów. Na zewnątrz zajeżdżały właśnie na sygnale wszystkie służby mundurowe: granatowa policja, czerwone wozy strażackie i białe karetki z czerwonymi krzyżami. Był nawet helikopter i oddział antyterrorystyczny.
Po krótkiej rewizji i okazaniu karty członkostwa strzelnicy puścili go wolno. Odszedł spokojnie i obejrzał się za siebie dopiero na skrzyżowaniu. Budynek strzelnicy był otoczony przez ludzi
i samochody. Nie unosił się żaden dym, a ludzie powoli opuszczali kompleks. Reklama na billboardzie nad strzelnicą przyciągnęła jego uwagę.
„Nowo otwarta sekcja dla najcięższych strzałów! Żaden pocisk nie ucieknie! Gwarancja zwrotu kosztów!”
Aż się uśmiechnął. Nie czuł potrzeby przyznawania się do zniszczenia tamtej sekcji. Jeszcze zadawaliby pytania co do broni albo amunicji, a na takie nie chciał odpowiadać. Mogliby nawet zarekwirować pocisk do badań.
To chciał zrobić sam. 

Friday, 6 July 2012

Dziesięć żądeł, pt5


Pocisk był całkowicie nienaruszony. Nawet jednej rysy. To było niemożliwe. Przebił na wylot prawie trzy metry betonu i nic mu się nie stało. Ale to nie było wszystkim, co go zaskoczył. Zgasił latarkę.
Świecił się. Niebieskie światło było wyraźnie widoczne w całkowitej ciemności.
Bez zastanowienia podniósł go i obejrzał z bliska. Światło wydobywało się z niebieskich wgłębień wyrytych w powierzchni naboju. Przyłożył go do ucha. Dało się słyszeć ciche, przytłumione brzęczenie.
Nic z tego nie rozumiał. Taki nabój musiał być wykonany z niezwykle wytrzymałych materiałów, aby przetrwać takie uderzenie. Ale wtedy nie znalazłby go u zwykłego handlarza
na bazarze, i to za marne grosze. A brzęczenie? Coś w środku musiało je podtrzymywać, co oznaczało, że jest wydrążony. A na drążenie nie było żadnych śladów. No i wtedy pocisk miałby mniejszą siłę rażenia, a nie znacznie większą.
Co do świecenia, do głowy nie przychodziło mu nic.

Wednesday, 27 June 2012

Dziesięć żądeł, pt4


Kiedy opad ustał, ostrożnie podniósł się i z kieszeni wyciągnął latarkę. Zaświecił ją i rozejrzał się za swoim karabinem.
Leżał parę metrów od niego, dym wciąż unosił się z jego lufy. Westchnął, podniósł
go i obejrzał. Na szczęście celownik był w jednym kawałku, a całość nawet nie zarysowała się. Odłożył go na blat, a sam przezeń przeskoczył i ruszył w kierunku końca sali. Nie wiedział dlaczego, ale chciał na własne oczy i z bliska obejrzeć efekt strzału. A wiedział, że będzie on imponujący.
Odgłosy jego kroków niosły się daleko po pustej sali, wracając jako echo. Oglądał leżące
na ziemi tarcze i cele, w większości jeszcze nietknięte, czekające na podniesienie przez teraz wyłączone mechanizmy. Tu i ówdzie leżały kawałki gruzu, im bliżej końca sali, tym więcej.
Wreszcie promień latarki oświetlił ścianę i betonowe bloki. Nie zostało z nich wiele. Pocisk przebił pierwszy. Drugi. Trzeci. Przebił nawet ścianę za nimi.
Wszedł między gruzy i wyskoczył na korytarz. Rozejrzał się. Zobaczył niebieskie światło wychodzące spod kupki gruzu przy przeciwległej ścianie.
Raczej nie powinno tam nic świecić. Odgrzebał kawałki ściany. Aż nie mógł uwierzyć w to,
co zobaczył.

Thursday, 21 June 2012

Dziesięć żądeł, pt3


Oparł karabin o bark i wymierzył w sam środek bloku, w namalowany czerwony punkt wielkości pudełka zapałek. Oczywiście patrząc przez specjalistyczny celownik snajperski zajmował
on całe pole widzenia, ale w rzeczywistości był bardzo, bardzo mały. Hałas ładowania stopniowo narastał, by w końcu zatrzymać się. Niebieskie hologramy zmieniły kolor na czerwony. Ciche piknięcie oznajmiło gotowość do strzału. Ostatnia szybka korekta i zaczął powoli naciskać spust...
- Ja. Żyję.
Nagły głos pochodzący z wnętrza lufy wystraszył go i pociągnął za spust. Odrzut był duży, dość duży, aby pomimo kucającej pozycji rzucić go na ziemię. Zanim jednak upadł, zobaczył jaskrawoniebieską smugę światła z wielką prędkością wbijającą się w beton na końcu sali, posyłając wielkie kawałki w powietrze.
A potem blat zasłonił mu widok. Uderzenie o ziemię pozbawiło go tchu. Przeturlał się jednak pod barierkę.
Zasilanie w pomieszczeniu padło, ukrywając wszystko za zasłoną czerni. Zasłonił głowę rękami, aby uchronić się przed lecącymi odłamkami. I rzeczywiście, poczuł kilka drobnych kamyków uderzających w niego.

Thursday, 14 June 2012

Dziesięć żądeł, pt2


Jak pozostałe, miał żłobienia nawiązujące do natury – źdźbła trawy, liście, nawet pąk kwiatu. Każdy stanowił wspaniałe dzieło swoich twórców. Jednak żaden producent nie nakładał na swoje wyroby kolorów. Podejrzewał, że była to tylko niepisana reguła, choć równie dobrze mogło to mieć jakieś bardziej praktyczne przyczyny.
Podniósł nabój do oczu i obejrzał go w lepszym świetle. Wgłębienia były idealne, bez żadnych skaz czy nierówności. Ale wygląd nie był wszystkim. Odsłonił komorę nabojową karabinu i wprowadził go do środka. Przyłożył całość do oka i ocenił wagę i wyważenie broni. Wolał upewnić się,
że niedawne ulepszenie nie wpłynęło na jej skuteczność. Wyciągnął nabój i odłożył karabin na blat. Wrócił się do plecaka i wyjął kolejny pojemnik, tym razem z celownikiem. Zamontował go na górze broni, po czym ponownie załadował ją i wycelował w betonowe bloki na końcu sali.
Wszystko wydawało się być w porządku. Uśmiechnął się lekko, kucnął i ponownie wymierzył. Zadowolony z wyników testu obrócił karabin i wprowadził kod z małej klawiaturki na lewej stronie broni. Po bokach pojawiły się niebieskie hologramy, dał się słyszeć odgłos ładowania, jak włączający się generator.

Wednesday, 6 June 2012

Dziesięć żądeł pt1

So let's mix it up a bit, I have this here story in Polish, and since a bunch of my readers are Polish, I figured I could put it up here too.

Żeby wreszcie przełamać niemal 100% angielskiego, tu jest początek mojego opowiadania po polsku. Będzie więcej :)


Młody mężczyzna z plecakiem wszedł na nowo otwartą sekcję miejskiej strzelnicy. Położył
go na ławce i rozejrzał się po pomieszczeniu. Była to duża, prawie stumetrowa hala
ze zautomatyzowanymi celami i trzema grubymi betonowymi blokami absorbującymi wszystkie potencjalne pudła i najcięższe pociski. Teren dostępny dla strzelających stanowił bardzo mały ułamek hali, odgrodzony drewnianym blatem z pojemnikami na naboje. Poza ławkami nie było żadnych innych mebli.
I poza nim nie było tam nikogo. Wykonał kilka krótkich ćwiczeń rozciągających, westchnął
i wyciągnął z plecaka części karabinu. Złożenie ich zajęło mu tylko chwilę. Następnie wyjął mały, płócienny woreczek i rzucił go na blat. Podszedł doń, położył obok karabin i oparł się dwoma rękami. Rozsznurował woreczek i wysypał zawartość.
Wyleciało kilkanaście naboi. Wszystkie były podobnego kalibru, różniły się tylko zdobieniami. Każdy miał na sobie ornamentacje, jedne bardziej, drugie mniej dekorowane. Wszystkie były jednak tylko żłobione.
Wszystkie oprócz jednego.