Showing posts with label Dziesięć żądeł. Show all posts
Showing posts with label Dziesięć żądeł. Show all posts

Sunday, 14 July 2013

Dziesięć Żądeł, pt38

Ożywiam to miejsce póki wyprzedaż na Steamie nie ma nic ciekawego.


Ciekawe, ile miał czasu. Szybki czy nie, odrzutowiec i tak trochę go potrzebował na tak długą podróż. Może by się przespać? Propozycja była kusząca, chociaż turbulencje nie pomagały. Zamiast tego wyciągnął zbroję z plecaka i rozłożył ją na łóżku. Obok niej rzucił hełm. Ten odbił się od materaca i wylądował na następnym. Miękkie materace? Coraz bardziej mu się tu podobało.
Zerknął na kabinę pilota. Nikita zajmował się swoimi sprawami, a dokładnie pilotowaniem i butelką. W ogóle nie obchodziło go, co działo się za nim.
Szybko wyskoczył z cywilnego ubrania i w samym podkoszulku wpakował się do zbroi. Miał ją tyle czasu, a uczucie komfortu i dopasowania wcale nie zanikło. Dalej z przyjemnością ją zakładał, nawet jeśli oznaczało to, tak jak teraz, robotę do wykonania. Zacisnął i rozluźnił pięści. Zrobił na szybko kilka ćwiczeń rozciągających, próbując nacieszyć się perfekcyjnym wykonaniem.
Dalej się nie nacieszył. To mu się chyba nigdy nie znudzi. Ułożył plecak i przebranie obok hełmu, a sam położył się na łóżku. Parę razy latał już samolotem i zawsze go to usypiało. Korzystał więc z okazji i drzemał przez niemal cały, nawet jeśli krótki, lot. Zdawał sobie za to sprawę, że współpasażerowie musieli się dziwnie na niego patrzeć, gdy rozkładał się do snu na godzinnych lotach do i z laboratorium doktora. Nie przejmował się tym, tak jak wieloma innymi rzeczami.
Odrzutowiec usypiał go swoim gwałtownym trzęsieniem i hałasem silników. Działało to jak całkiem niezła kołysanka. Powoli oddawał się w lepkie objęcia snu...

Nikita zaczął śpiewać jakąś piosenkę.

Wednesday, 22 May 2013

Dziesięć Żądeł, pt37

- Trzymajcie się, towarzyszu! - Krzyknął z przodu Nikita. O co mu chodziło? Nie wiedział, ale złapał jedną ręką uchwyt nad łóżkiem, a drugą karabin.
Moment, a hełm?
Wstał i chwycił go w wolną rękę. Źle. Teraz się nie trzymał. Założył hełm.
Nagle helikopter zaczął spadać. Śmigła ucichły, silników nie było słychać przez kadłub. Krzyknął i złapał się rury na suficie, do którego zresztą niemal przywarł. Czy ci włamywacze już ich znaleźli? Nie było mowy o wyskoczeniu ze środka. A zaraz się roztrzaskają. To byłby zły koniec przygody i jeszcze gorsza śmierć.
- Nikita, co się dzieje?! - Zapytał.
- Mówiłem trzymajcie się, ale nie sufitu! - Odparł, gdy spojrzał do tyłu. - Wejdź na łóżko!
Bez zastanowienia przesunął się nad nie. Przynajmniej roztrzaska się o materac. Akurat na wysokości jego głowy było okienko. Na zewnątrz widział, jak ziemia zbliża się do niego coraz szybciej, a skrzydło jakby nigdy nic wysuwało się dalej.
Chwila, skrzydła nie powinny się wysuwać. O co chodzi?
To i ułamek sekundy, w którym silniki wyszły z grobowego milczenia, uruchomiło jego instynkt. Docisnął się do sufitu, jeszcze mocniej ściskając rurę i karabin.
Szok wywołany zmianą kierunku helikoptera był największy, jakiego kiedykolwiek doświadczył. W tym samym momencie przestał spadać - na co był przygotowany - i ruszył do przodu z prędkością myśliwca - na co już nie był. Posunął się gwałtownie do tyłu, luzując uścisk i twardo uderzając butami o kadłub na końcu maszyny. Po raz drugi już gwałtownie stęknął. Od tego aż bolały go nogi. Zsunął się po lekko skośnej klapie na materac. A przed oczami miał kolejno okienko.
Skrzydła były szeroko rozłożone, a z silnika wydobywała się cieniutka smuga. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że silniki pracowały. Teraz zrozumiał dźwiękoszczelność. Ledwo słyszał ich pracę, a na pewno było je wyraźnie słychać na zewnątrz. Jakby ktoś miał słuchać turbin z samolotu w czasie jego lotu.

Helikopter zmienił się więc w odrzutowiec. Może nie natychmiastowo, ale przynajmniej się nie roztrzaskali. A w ten sposób będą na miejscu znacznie szybciej. Z drugiej strony, Nikita siedział przy sterze z ogromnym zapasem alkoholu. Już teraz prototyp trząsł się podczas lotu. Co będzie później? Jakoś nie chciał wiedzieć.

Wednesday, 17 April 2013

Dziesięć żądeł, pt36


Powoli, w stałym tempie, światło wpadało do środka, oświetlając jeden z licznych prototypów doktora. Kokpit. Śmigła. Kadłub. Silniki. Skrzydła.
Całość prezentowała się tak sobie, jakby doktor zlepił odrzutowiec i helikopter w jedną maszynę. Wiedział też, że w takich przypadkach nie można oceniać książki po okładce. Czekał z oceną, aż zobaczy, co to cacko jest w stanie zrobić. Do helikoptera wsiedli od boku, przez małe przejście jak w samolotach. Kabinę pilota oddzielała solidna, na oko kompozytowa, płyta. Nikita odsunął ją jednym ruchem i usiadł po lewej. Prawe siedzenie było znacznie ciaśniejsze przez zainstalowane w ścianie szafkę i lodówkę.
Szafkę. I. Lodówkę.
Pilot otworzył ją i wyciągnął butelkę wódki i laskę kiełbasy. Wyciągnął obie do Owena.
- Częstujcie się! Co moje, to i twoje! - Zaśmiał się.
Ułamał kawałek kiełbasy, ale podziękował za alkohol. Wolał mieć czystą głowę na czas misji.
- No, jak nie twoje, to moje - odkręcił zakrętkę i pociągnął łyk. Drugi. Trzeci.
Postanowił nie kwestionować jego sposobu działania. Wrzucił mięso do ust. Obejrzał się za siebie. Wzdłuż jednego brzegu kadłuba były zwykłe, małe ławeczki. Mniej więcej w ich połowie leżał czarny jak reszta zbroi hełm. Wyglądał tak, jak wcześniej - jak u właściciela motocykla sportowego. Zmiany i tak musiał przetestować w terenie.
Po drugiej stronie zainstalowano łóżka, a raczej zielone materace uchodzące za łóżka. Ciekawy pomysł. Mogły się przydać.
To było nieistotne pytanie. Na przednim łóżku leżał jego karabin. Podniósł go i obejrzał dokładnie z każdej strony. Znowu, od zewnątrz wydawał się niezmieniony. Wycelował nim w tył helikoptera. Leżał tak samo. Doktor wiedział, co robi.
Maszyna ruszyła do przodu. Stracił równowagę i odzyskał ją, uderzając plecami o tylną klapę helikoptera. stęknął, tracąc dech w piersi.
- Uważajcie, towarzyszu, ruszamy stąd! - Zawołał Nikita.
- Zauważyłem, dzięki - wysyczał przez zaciśnięte zęby. Usiadł na łóżku, obok położył karabin. - Ile czasu zajmie nam dotarcie do celu?
- Niedługo, zaraz będziemy, tylko chwila!
Jak on miał to zinterpretować?
Wyglądnął przez lusterko. Wyjechali z hangaru na otwarty teren. Pracownicy lotniska przestali zajmować się swoją robotą i przyglądali się startującej maszynie. Co było takiego niezwykłego w helikopterze? No, był zrobiony przez doktora, to fakt, ale oni o tym nie wiedzieli. Chyba.
Silniki sprawnie budziły się ze snu, coraz bardziej i bardziej hałasując. Śmigła ruszyły z miejsca, przyspieszając i zagłuszając silniki. czy to powinno chodzić tak głośno?
Zerknął na drzwi helikoptera. Były otwarte. Nikita musiał o tym zapomnieć. Wstał i szybko je zamknął.
W środku zrobiło się wręcz cicho. Kadłub musiał być dźwiękoszczelny. Z pewnością uprzyjemniało to podróż, ale jaki wpływ miało na użyteczność? Tyle nowych rzeczy do obejrzenia. Wrócił na łóżko i pozycję przy oknie. Odczepili się od ziemi. Lecieli wyżej i wyżej. A ludzie na dole dalej się gapili. Nie chodziło im o otwarte drzwi, więc o co? Ruszyli naprzód. W tempie właściwym helikopterowi. Dotarcie na miejsce zajmie wieki i kilka przystanków! Co doktor sobie myślał? Wysokość kilkuset metrów nad ziemią nie oznacza jeszcze szybkiego transportu.

Wednesday, 3 April 2013

Dziesięć żądęł, pt35

I kto by pomyślał, skończyłem akurat opowiadanie. Teraz tylko wklejać.


Przed nim widać już było lotnisko. Podjeżdżali od strony pasów startowych. Jakiś samolot właśnie podrywał się do lotu. Trochę dalej różnego rodzaju samochody serwisowe uwijały się przy kolejnych oraz koło rzędu hangarów. Terminal, niedawno odnowiony - o czym było głośno w lokalnej prasie - wystawał ponad hangary ze swoimi oszklonymi korytarzami i dachem. Był tam już trochę czasu temu. Wtedy nie wyglądał już jak relikt poprzedniego wieku, ale jeszcze go remontowali. Był w znacznej części zamknięty, ale działający. Na pewno od frontu wyglądał bardziej imponująco niż stąd. Może akurat go sobie obejrzy.
Wjechali do tunelu przecinającego małe wzniesienie na granicy lotniska. Wywoływał ciekawy efekt, ale na pewno taniej byłoby po prostu wyrównać teren. Ale co on tam wiedział o architekturze miasta. No, może trochę, skoro zdawał sobie sprawę z kosztów.
Gdy tylko opuścili tunel, Nikita poderwał się ze swojego półsnu i głośno, dosadnie, z licznymi gestami i powtórzeniami wskazywał kierowcy drogę. Zjechali do małej bramy pilnowanej przez pojedynczego ochroniarza. Pilot przywitał się z nim przez szybę i po krótkiej wymianie zdań minęli bramę i wjechali na teren lotniska. Nikita na pewno był tutaj stałym bywalcem. Pomijając wygląd, był przecież pilotem.
Taksówka zatrzymała się przed małym hangarem. Wysiedli. Nikita zapłacił za transport po chwili narzekania i ociągania się. Nawet gdyby chciał go wyręczyć, Owen nie miał dość pieniędzy. Gdy samochód odjechał od wyjścia, mężczyźni ruszyli do środka. Weszli przez małe drzwi w rogu. Wewnątrz było ciemno. Nikita nacisnął jakiś guzik w panelu na ścianie. Włączyły się mechanizmy odsuwające ogromne drzwi hangaru.

Wednesday, 27 February 2013

Dziesięć żądeł, pt33


No, może nie przedstawiciel kopytnych, ale takie odniósł wrażenie.
Całkiem spory, ale nie gruby człowiek z przekrwionymi oczyma i całkowicie niezadbanym, wielodniowym zarostem. Na głowie miał czapkę wyglądem - i może wiekiem - jak u radzieckiego czołgisty, skórzaną, brudną i naciągniętą na zapuszczoną fryzurę. Ubranie mógł równie dobrze ściągnąć z jakiegoś bezdomnego. No, chociaż nie było podarte. Ale brud był okropny. Tak jak toksyczna mieszanka dymu papierosowego i wódki, która wyszła z jego ust, gdy się odezwał.
- Towarzysz Owen? - Rzucił rześko. - Miałem po ciebie przyjść, z polecenia pana doktor. Gotowy do drogi? To ruszaj, i w dół!
Nie czekał na odpowiedź. Nie żeby był w stanie coś z siebie wykrztusić po takim wejściu. Z osłupienia wyrwał go dopiero trzask zamykanych drzwi do klatki schodowej. Porwał plecak, zamknął drzwi do mieszkania i niemal zleciał ze schodów na zewnątrz. Tam rozejrzał się za Nikitą. Wsiadał właśnie do zielonej taksówki stojącej przy drodze, biegnącej koło bloku. Pobiegł za nim i wsiadł, tak jak on, na tył samochodu.
- Na lotnisko, towarzyszu, pokażę gdzie! - Krzyknął na taksówkarza i rozsiadł się na dwóch miejscach.
Auto ruszyło, a Owen przyciśnięty do drzwi patrzył, jak odsuwa się w dal jego osiedle, przewija się wciąż zamknięta strzelnica, w oddali, między budynkami, przebija się willa.
Przez chwilę widział nawet wieżę kościoła, którego cmentarz odwiedził wczoraj w nocy. Słowem, szybkie podsumowanie wydarzeń.
A za nim...
No waśnie, za nim był przepity gość, który miał go dowieźć w jednym kawałku na dwa przeciwległe końce świata. W helikopterze. Prototypowym.

Friday, 22 February 2013

Dziesięć Żądeł, pt32


Był nieświeży.
Skrzywił się i odłożył go na stół. Chyba minęła data ważności. Dalej grymasząc nalał do szklanki wodę z kranu i tym wymył nieprzyjemny smak.
Zdecydowanie nadszedł czas na zakupy. tylko za co je kupić? Zostawił te rozważania na później. Poszedł wziąć porządny, długi prysznic. Możliwe, że przez  najbliższy czas nie będzie miał dostępu do takich luksusów, miał więc zamiar korzystać, póki mógł.
Wyszedł odświeżony, z czystym umysłem. Juz prawie minęła godzina. Czas się ubierać. Był w trakcie zakładania zbroi, gdy coś sobie uświadomił. Jak chodzić w czymś takim po mieście i nie ściągać na siebie uwagi? Odpiął pistolet i granaty. Złożył mniej więcej pancerz i włożył go do plecaka. Na wierzch rzucił broń i latarkę, o której jakoś wcześniej zapomniał. Granaty ostrożnie schował do innej kieszeni.
Spakowane. Ale co teraz założyć na siebie? Wyciągnął pierwsze z brzegu płócienne spodnie i koszulę w kratkę. Przyglądnął się im. Wyglądałby na pewno poważniej niż zwykle, ale nie był pewien, czy to dobry pomysł. Poza tym, po deszczu było na to za zimno. Został przy świeżych jeansach, koszulce i bluzie. Nikitę zdobędzie urokiem wewnętrznym.
Z toalety wziął jeszcze szczoteczkę i pastę do zębów i wrzucił je do bocznej kieszonki plecaka.
Ledwo zasunął przegródki, a odezwał się dzwonek do drzwi. Na pewno była to Nikita. Jeszcze głęboko odetchnął, zerknął do lustra - wyglądał jak zwykle, co chyba nie było złe - i otworzył drzwi, zastanawiając się, jak wygląda ta wschodnia piękność.
Przed progiem stało bydlę.

Thursday, 14 February 2013

Dziesięć żądeł, pt31


Jestem poza domem i trochę sobie zapomniałem że to już środa.


Rozłączył się. Sposób mowy doktora wytrącał go z równowagi, zwłaszcza, gdy próbował się o niego troszczyć. Ale cóż miał z tym zrobić? Akurat doszedł do swojej klatki schodowej. Uciekł z widoku szpiegujących go emerytów i wpadł do mieszkania.
Nikita, hę? Jakaś wschodnia piękność za pilota? Podróż mogła okazać się jeszcze przyjemniejsza, niż sądził. A jak znajdą wszystkie dziesięć, może znajdzie się trochę czasu dla siebie...
Myśląc o wyprawie i różnych związanych z nią przygodach, sprawdził ekwipunek. Zbroja, gotowa do użytku. Magazynki i pistolet na swoim miejscu. Dorzucił jeszcze trzy do użytku. Magazynki i pistolet na swoim miejscu. Dorzucił jeszcze trzy do swojego karabinu. Doktor o tym nie wspomniał, ale prawie na pewno Nikita przywiezie mu i broń, i zmodernizowany hełm. Poprzedni czasami szwankował i gniótł go w tył głowy. takie rzeczy doktor musiał naprawić, inaczej korzystanie z hełmu byłoby niewygodne i potencjalnie niebezpieczne. Noktowizor w bocznej kieszeni, w następnej prawie pusty portfel i komórka. Granaty dymne u pasa, błyskowy w kieszeni na udzie. Po krótkim zastanowieniu wyciągnął granat odłamkowy i przyczepił go obok dymnych. Sprawdził komputerek. Dalej pokazywał dżunglę i góry. Nie był pewien, czy cieszył się, czy nie.
Sześć zdobytych nabojów. Wziął je i jeden po drugim włożył do kieszonki na piersi. Ważne, żeby ich nie zgubić. I najlepiej nie używać, chyba że trzeba. Co z tego, że się nie zniszczą po strzale? Trzeba jeszcze je odzyskać. A to mogło stanowić problem, jeśli pocisk wywoła dużą eksplozję.
Chyba spakował wszystko. Nie potrzebował plecaka, żadnych zapasów nie mógł nawet kupić, wszystko pozostałe schował na zbroi. Wszystko, co ważne, już spakował. resztę najwyżej zdobędzie w trakcie.
A wtedy żołądek przypomniał o sobie. Był to swego rodzaju problem. Wziął z lodówki ostatni jogurt, otworzył go i bez namysłu pił duszkiem.

Wednesday, 6 February 2013

Dziesięć żądeł, pt30


Czwarty zawierał kolejny program do namierzania. Bez zastanowienia włączył go. Pojawiły się dwa zestawy współrzędnych. Wpisał je do GPSa w małym komputerku. Urządzenie pokazało dwa czerwone punkty.
Westchnął i rzucił komputerek na łóżko. To by było na tyle, jeśli chodziło o działanie samemu. Złapał komórkę i wyszedł na spacer, dzwoniąc do doktora.
Leżący na kołdrze GPS dalej niezmordowanie pokazywał jedną kropkę w amazońskiej dżungli, a drugą gdzieś w Tybecie.
*      *      *
Po wczorajszym deszczu chmury dalej przysłaniały całe niebo, ale przynajmniej nie zalewały miasta opadami. Temperatura zaś znacznie spadła, w połączeniu z kałużami zbierającymi się w każdym zagłębieniu na placu zabawa i starym, nierównym chodniku skutecznie odstraszając dzieci, a raczej ich rodziców. Tylko nieliczne starsze osoby wyszły na świeże powietrze aby jak co dzień zażyć trochę ruchu. Ich ciche kroki, razem z odległym szumem przejeżdżających samochodów i równym ćwierkaniem pojedynczego ptaszka na pobliskim drzewie stanowiły spokojne podłoże dla lawirującego między blokami i rozmawiającego z doktorem Owena. A miał o czym mówić.
Opowiedział mu o wszystkim, co działo się przez ostatnie dwa dni. O strzelnicy, o naboju, o danych na nim zawartych, o kolejnych nabojach - Paulinki, Rodriga, Żyda, z urny cmentarnej. Dokładnie opisał zdarzenia w willi - może doktor powinien wiedzieć, z czym się to wiąże. Nie tylko powinien, ale i chciał wiedzieć - dopytywał się o pominięte szczegóły, nieraz prosił o powtórzenie, zwłaszcza wyników skanowania. ciekawość naukowa dawała sobie znać.
Chodził tak przez ponad pół godziny. Niektórzy przechodnie ukradkiem patrzyli na niego, myśląc, że tego nie zauważy. Mylili się, oczywiście, ale to pozwalało mu sądzić, że spacerował raczej długo.
- Krótko mówiąc, doktorze, potrzebuję transportu do dwóch kolejnych naboi. Może pan coś takiego załatwić?
- Tak, Owen, mogę. Więcej - już załatwiłem ci i transport, i pilota. Nikita przyjedzie po ciebie za godzinę. Razem polecicie moim helikopterem po naboje, a ja będę szukał pozostałych. Teraz idź i przygotuj się. Oh, i Owen?
- Tak, doktorze?
- Uważaj na siebie. Ci mężczyźni, o których mówiłeś, wydają się groźni. Może powinieneś wziąć ze sobą naboje, które znalazłeś. Mogą ci się przydać.
- Tak doktorze, wezmę je. Dowidzenia.

Wednesday, 30 January 2013

Dziesięć żądeł, pt29

WIEEEELKI POOOOOST



I tak podejrzane. Schował nabój do wewnętrznej kieszeni i z bronią w gotowości wyszedł na korytarz. Cysto. Zerknął na dół. Dalej nic. Schował pistolet. Krok po kroku ,stopień po stopniu zszedł na dół. Dobiegły go odgłosy szamotaniny płynące z oświetlonego pokoju. Coś było nie tak. Zakradł się do pomieszczenia i nie do końca uwierzył w to, co zobaczył.
Jakiś inny włamywacz dusił ochroniarza kablem. Ten był już siny i widać było, że długo nie pociągnie.
Nagle instynkt wziął górę. Wyrzucił lewy łokieć do tyłu, trafiając napastnika za nim w brzuch. Ten wygiął się pod wpływem uderzenia i wystawił na kolejne, tym razem prawy sierpowy z obrotu. Dalej stał na nogach choć zaskoczenie wciąż było po stronie Owena. Zaserwował słabszy cios z lewej, wyszarpując pistolet z kabury.
Odsunął się na krok, stając w świetle, strzelił napastnikowi w nogę, definitywnie wyłączając go z rozgrywki, obrócił się, trafił w plecy mężczyznę duszącego strażnika i rzucił się do ucieczki przez salon.
Zaraz za rogiem korytarza czaił się kolejny przestępca - dosłownie wybity z rytmu przez trafienie pod szczękę - a z kuchni leżącej po przeciwnej stronie pokoju wybiegł jeszcze jeden.
Ten był już lepiej przygotowany. Pistolet od razu powędrował z kabury do przodu. Owen zanurkował za kanapę tuż przed trzema strzałami. Głośnymi strzałami. Nie miał tłumika. o było słychać z daleka. Na pewno ochroniarze włączą alarm.
Podniósł się zza kanapy i wystrzelił w ramię włamywacza. Ten krzyknął i padł na ziemię. Nie tracąc czasu ruszył do wyjścia.
Syrena alarmowa zawyła dokładnie, gdy otworzył drzwi. W paru miejscach rozległy się strzały. Wszystkie światła włączyły się, całkowicie oświetlając teren willi. Nie było mowy o chowaniu się. Musiał przebiec przez całość aż do krzaków w kącie. Wziął głęboki oddech, rozejrzał się po raz ostatni i ruszył do celu.
Chyba nikt go nie widział. Strzelanina za jego plecami nasilała się. Słyszał nawet karabiny szturmowe.
Karabiny szturmowe? Ochroniarze takich nie mają.
Kto próbuje zdobyć te naboje? Na pewno ktoś z pokaźnym wsparciem, przestępczym lub rządowym. To mogło stanowić problem.
Kilkanaście metrów od krzaków usłyszał świst pocisku tuż obok siebie. Prawie potknął się z wrażenia, ale zachował równowagę i jeszcze przyspieszył. Dopadł krzaków, wskoczył między nie i doczołgał się do murku. Dookoła niego lądowały pociski, zrywając liście i wyrzucając w powietrze grudki ziemi. Leżał skulony i zasłaniał oczy, czekając na przerwę w ostrzale. Ta nareszcie nastąpiła - karabin przerwał swoją śmiercionośną serię, głośnym klikaniem domagając się nowego magazynka.
Nie czekał, aż oprych go załaduje. Wyturlał się spod krzaków, podniósł się na kucki i oddał dwa strzały.
Jeden trafił w nogę. Stojący w połowie zbocza mężczyzna upadł, krzycząc i zsuwał się z górki. Skąd on wyskoczył, że zdołał się tak szybko zbliżyć?
Nie tracił więcej czasu. Wskoczył na murek. Jak on to zrobił bez linki? Adrenalina, zapewne. Wylądował na chodniku przed posesją i kontynuował ucieczkę w kierunku miasta. Już za zakrętem ponownie wskoczył w krzaki, słysząc nadjeżdżającą policję. Tym razem na pewno by go zamknęli. A z taką konkurencją do pozostałych nabojów nie miał czasu na opóźnienia.
Gdy minęły go trzy radiowozy i transporter, wrócił na drogę i dalej biegł.
Na bieganiu minęło jeszcze dużo czasu. Dopiero, gdy miał już przed oczami swoje osiedle zwolnił tempo do chodu. Niebo zaczynało szarzeć pod wpływem wschodzącego słońca. U progu mieszkania opanował wreszcie oddech. Zamknął za sobą drzwi i upadł w pełnym rynsztunku na łóżko. Nie miał siły nawet na sprawdzenie skanowania.
Obudził się chyba koło południa z bolącym ramieniem i szyją. Ramię bolało od uników willi, a szyję zawdzięczał okropnej pozycji do spania. Ze stękaniem usiadł i pomasował zdrętwiały kark. Przetarł oczy i ściągnął z siebie rynsztunek. Zbroję rzucił niedbale na łóżko. Wziął krótki prysznic i zaglądnął na Internet, chcąc sprawdzić, co napisali o włamaniu.
A napisali. Napisali o strzałach, o bohaterskiej walce ochroniarzy, o rannych i o dwóch martwych przestępcach. O zniszczeniach, o hałasie, o szczęściu biznesmena, który z rodziną był na wczasach.
Oraz o trzech uciekinierach, szukanych przez policję.
Ochrona nie opisała ich wyglądu, ale policja pewnie i tak miała jakieś podejrzenia. Co oznaczało, że albo ktoś widział trzech bandytów, albo dwóch i jego. To nie napawało optymizmem. Powinien się nie wychylać, zwłaszcza w zbroi. Z ostrożnością czy bez, szykowały się problemy.
Nagle przypomniał sobie o pozostałych nabojach. Wygrzebał dwa nowe z kieszeni zbroi i przejrzał wyniki.
Trzeci nabój zawierał zdjęcia i zawiłe dane techniczne jakiejś asteroidy. Przeleciał je szybko wzrokiem, ale nie wyłapał nic ciekawego.
Czwarty natomiast...

Wednesday, 9 January 2013

Dziesięć żądeł, pt28


Dobrze wybrał. Dopiero przy samym budynku musiał się zatrzymać, i to nie z powodu ochrony, a przez brak środków na wejście do środka.
Dookoła willi, jakieś dwa metry od eleganckich okien okalających salon, rósł prawdziwy mur iglaków, idealny do chowania się. Co kilka metrów był przerwany, dając wejście dalej, ale nie miał żadnych środków do otwarcia okien. Przysiadł więc za bujnymi drzewkami i zaczął się zastanawiać.
Ale nic mu z tego nie przyszło. Nie przychodził mu do głowy żaden sensowny pomysł, który mógłby wykonać z dostępnymi mu narzędziami. Żeby tylko miał nożyk do cięcia szkła! Niestety, nie pomyślał, aby coś takiego mu się kiedykolwiek przydało. Żyjesz i uczysz się, pomyślał.
Nagle usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Niemal podskoczył, chwycił za pistolet gotów do strzału i ucieczki. Opanował się i rozejrzał. Chyba ktoś otworzył mu wejście do budynku. Doszły go kroki i nucenie powoli oddalające się od niego. Sam ruszył do dziury w zielonym murze i popatrzył za hałasującym ochroniarzem. Stanął nad jednym z iglaków, rozsunął rozporek i "podlewał" roślinkę.
Owen nie czekał na lepszą okazję. Zakradł się do otwartych drzwi i wszedł do przepastnego salonu. Wyglądał na zaprojektowany przez stylistę i utrzymany w nowoczesnym stylu, pełnym plastiku, płytek, wygiętych kształtów i skóry na siedzeniach. No, i przeogromnej ilości rzeźb i obrazów.
Nie miał czasu się przyglądać. Ochroniarz zakończył swoje ogrodnicze czynności i wracał do środka. Dyskretnie ruszył do rogu pokoju i schował się za ogromnym fotelem. Zmieściłyby się w nim bez problemu ze dwie osoby. A za nim Owen.
Stróż jakby nigdy nic zamknął drzwi i wrócił do patrolowania wnętrza. Przeszedł niemal bez oglądania się przez salon i ruszył do światełka dochodzącego zza holu.
A w holu były schody na góry. Odczekał jakąś minutę po zniknięciu strażnika i ruszył do schodów. Najszybciej jak sobie pozwalał wszedł na piętro i na chybił trafił wszedł do pokoju po lewej.
Akurat był to jakiś gabinet. Przy każdej ścianie były półki pełne książek, a naprzeciw wejścia, przy oknie, stało potężne biurko z komputerem i czarny, skórzany fotel.
Kucnął w kącie i włączył GPS. Wskazywał na pokój sąsiadujący z tym. Wyłączył go i ruszył, walcząc z napięciem.
Na szczęście ten pokój też był pusty, a była to zachowana niemal całkowicie w bieli sypialnia. Duże, dwuosobowe łóżko zajmowało większość miejsca. Na ścianie wisiał potężny, płaski telewizor, pod nim komoda. Obok drzwi zapewne do garderoby. Widział takie plany w Internecie i sam taki chciał. Mógłby w sumie przerobić swój schowek, ale na co byłaby wtedy szafa?
Tak czy owak, najciekawsza rzecz była na stoliku przy łóżku. Obok lampki nocnej i budzika stał dumnie kolejny niebieski nabój. Podszedł doń i go chwycił, ucieszony z sukcesu.
Coś to za proste. Obrócił się jak szalony w kierunku drzwi, pistolet wymierzony do strzału. A tam nikogo nie było.

Wednesday, 2 January 2013

Dziesięć żądeł, pt27


Obejrzał się dookoła - dalej nie widział nikogo - włączył GPS i patrząc uważnie na strzałkę wszedł do środka. Teraz się bał. Zganił się w duchu i ostrożnie szedł po marmurowej posadzce, starając się niczego nie potrącić w ciasnocie.
Stanął przed jedną z urn, strzałka na komputerku pokazywała dokładnie na wprost. Obejrzał okolicę urny licząc, że nabój - czy co tam wskazywały współrzędne - był na zewnątrz.
Niestety nie miał racji. Nie znalazł niczego. Opanował choć odrobinę drżenie ciała, uchylił wieko i wsadził rękę do środka.
Jakie to było obrzydliwe! W dotyku prochy były jak zwykły popiół, ale uczucie profanacji i jego strach były wszechogarniające. A co najgorsze, nic nie znalazł. Sięgnął nieco głębiej.
I tam coś poczuł. Aż podskoczył z wrażenia sięgnął jeszcze głębiej i chwycił coś metalowego. Pociągnął i jego oczom okazał się - okryty szczątkami, ale jednak - piąty nabój. Otrzepał rękę i pogładził idealne wgłębienia, w zdziwieniu oglądając sztukę.
A potem, bezceremonialnie, przypomniał sobie gdzie był i co zrobił.
Ściskając zdobycz w garści małymi krokami wycofał się na zewnątrz kaplicy, zamknął cichutko drzwi i ruszył szaleńczym biegiem po żwirowej alejce. Wyobraźnie dość dobitnie sugerowała mu, że wszędzie dookoła, a przede wszystkim tuż za nim, ktoś jest. Jednym susem przeskoczył bramkę, przebiegł przez ulicę i zatrzymał się dopiero na ogrodzeniu domu po drugiej stronie ulicy.
Oddychając ciężko, zdjął oślepiający go noktowizor i schował go wraz z nabojem do wewnętrznej kieszeni. Cmentarz miał za sobą i czuł się z tym bardzo dobrze. Wydawało mu się wręcz, że cel numer sześć nie stanowi dla żadnej przeszkody. Ruszył żwawym krokiem w kierunku willi.
Droga mijała spokojnie wśród jasno oświetlonych ulic i domków jednorodzinnych, które w miarę oddalania się od miasta rosły w rozmiarach i okazałości, oddalając się od drogi i zwiększając ogrodzenia.
Wreszcie skończyły się latarnie, dookoła nastała ciemność a przed nim, oświetlona kilkoma własnymi światłami, dominowała ustawiona na wzgórzu docelowa willa.
Ostatnie chwile spaceru minęły na opracowywaniu planu. Niestety, nie znał planu budynku, więc stwierdził tylko, że na sforsowanie muru zewnętrznego będzie potrzebna lina z hakiem, a reszta okaże się po drodze.
Przy rzeczonym murze wyjął z plecaka swoją linę, a z kieszeni noktowizor i przygotowany oglądał ogrodzenie. Oświetlone były tylko ścieżki od wejścia do budynku i te za domem, zapewne w ogrodzie. Reszta była skryta w ciemności, co mu nad wyraz pasowało.
Zauważył też paru ochroniarzy spacerujących tu i ówdzie. To oznaczało, że musiał być ostrożny i działać w cieniu. Da się zrobić, oczywiście, ale utrudnia to nieco sprawę.
Znalazł odpowiadające mu miejsce - niedaleko rogu posesji kilka całkiem sporych krzaków zasłaniało jego wejście. Sprawnie zarzucił hak, wspiął się na mur i zeskoczył po drugiej stronie. Zwinął linę i schował ją z powrotem do plecaka, a sam, pochylony i uważny, ruszył do celu pod osłoną cieni.

Thursday, 27 December 2012

Dziesięć żądeł, pt26


Widok wypełnił się zielenią. Długie, nieregularne szeregi grobów wyglądały jak ruiny jakiegoś kamiennego miasta.
                Puste, ciche, a przede wszystkim straszne.
Zerknął na swój GPS. Cel był dokładnie przed nim, na końcu alejki.
W kapliczce cmentarnej. Aż się zatrząsł ze strachu. Powoli, nieustępliwie ruszył jednak przed siebie, bacznie rozglądając się dookoła.
Nie rozumiał swojego zachowania. Rozum od dawna krzyczał na niego, że nie ma się tu czego bać, że zmarli nie wstaną ze swoich miejsc i rzucą się na niego. Lecz strach pozostał od dziecka i odejść nie chciał.
Kapliczka była wykonana ze stylem, po gotycku. Na starą modę, ale nowoczesnymi materiałami. Witraże były zakratowane, cegłę wyparł beton, a na wieżyczce królował piorunochron. Tylko drzwi zrobione były ze znanego wcześniej drewna - a może były stare? - i dominowały rozmiarem, ornamentami i zamkiem.
W starym, łatwym do otwierania stylu. Poczucie celu odgoniło nieco pobudki wyobraźni. Nie przestał się trząść, ale przynajmniej opanował się na dość, żeby znaleźć wytrychy rozrzucone po plecaku. Wziął się za drzwi, nasłuchując charakterystycznego kliknięcia w absolutnej ciszy. Zamiast tego usłyszał charakterystyczny trzask łamanego wytrycha. Warknął cicho i spróbował ponownie, tym razem ostrożniej. Znowu trzask. Odetchnął głęboko w próbie ukojenia skołatanych nerwów. Trochę to zajęło, ale w końcu poczuł, że panuje nad sobą. Ponownie włożył wytrych, delikatnie grzebiąc w mechanizmie zamka.
Tym razem było kliknięcie. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi na oścież. Uderzyło w niego lekko zatęchłe powietrze. Na środku kapliczki stały dwie trumny przygotowane na ostatnią swoją podróż. Na ścianach zamontowane były półki z urnami na prochy. Całości dopełniał krzyż i niezapalone świece na przeciwległym końcu pomieszczenia. Ot, zwykła cmentarna kapliczka.
Z ukrytym w niej skarbem.

Wednesday, 19 December 2012

Dziesięć żądeł, pt25


Wznowił skanowanie dwóch pozostałych pocisków, ściągnął komputerek z przedramienia i udał się do szafy. Wyciągnął z niej czarny kostium z włókna węglowego, ten „śmieszny strój”, o którym mówiła Paulina. Zbroja na miarę naszych czasów, odporna i stylowo czarna. Dobra do operacji pod przykrywką w nocy, gdy nie widać jej z dwóch metrów. Warunki na nią były idealne. Założył ją i kilkoma ćwiczeniami rozciągającymi sprawdził, czy dobrze leży. Niestety nie miał do niej hełmu, który przechodził właśnie modernizację w rękach doktora. Zamiast tego z szuflady biurka wyjął mały noktowizor i schował go do wewnętrznej kieszeni razem z komórką. Założył z powrotem komputerek na przedramię. Ze schowka wyciągnął futerał ze swoim pistoletem. Objerzał go, zastanawiając się, czy się przyda. Doszedł do wniosku, że tak. Otworzył futerał i obejrzał broń. Byłą czysta i bez uszkodzeń. Wyciągnął magazynek. Pełny. Z innej szuflady buirka wygrzebał tłumik i zakręcił go u wylotu lufy. Załadował na powrót broń i włożył do kabury przy pasie. Kolejne dwa magazynki weszły do małego pojemnika na prawym przedramieniu. Na wszelki wypadek.
                Wypakował wszystko z plecaka i spod łóżka wrzucił doń linkę z hakiem. Wrzucił też apteczkę z szafy i parę staromodnych wytrychów z biurka. Znowu schylił się i sięgnął pod łóżko po dwa granaty dymne i zatknął je za pas.
                Czuł się gotowy. Wypił jeszcze na szybko przedostatni jogurt z lodówki, pogasił światła i wyszedł. Tu zaczynały się schody - z mieszkania w dół, oczywiście, ale też do pozostałych nabojów. Przynajmniej nie mieszkał daleko od cmentarza, i tam postanowił się udać. Na pewno będzie też prościej niż włamać się do willi biznesmena.
                Chociaż z drugiej strony czekała na niego walka z własnymi słabościami.
                Mimo wszystko szedł żwawym krokiem, mijając po drodze parę osób cieszących się spacerem po oświetlonych ulicach albo idących w sobie tylko znanych celach. Nikt nie poświęcał mu wiele uwagi, a w miarę oddalania się od bardziej centralnych części miasta ruch malał.
                Wreszcie dotarł do ciemnej połaci cmentarza. Latarnie uliczne świeciły się wzdłuż całej drogi, ale światło zdawało się nie przenikać kratowanego ogrodzenia, ukazując tylko groby najbliższe brzegu.
                Znalazł bramę wejściową. Tam z racji braku zasłaniających grobów oświetlone było kilka metrów żwirowej ścieżki. Sama brama była jednak zamknięta. Rozejrzał się. W zasięgu wzroku nie było nikogo. Szybko wdrapał się na ogrodzenie i przeskoczył na drugą stronę. 

Wednesday, 12 December 2012

Dziesięć żądeł, pt24


Gwałtownie się podniósł, niemal wywracając krzesło. Pobiegł do schowka i zaczął niemal maniakalne poszukiwania, jakby bał się, że pomysł uleci z jego głowy. Wreszcie znalazł mały komputerek z opaską na przedramię. To jedna z rzeczy, które dostał od doktora w celu testó miesiące temu, a które naprawdę dobrze działały. Dawał szybki dostęp do informacjiw terenie i kontakt z resztą świata gdyby potrzebne było wsparcie. Miał wbudowaną prostą przeglądarkę internetową, komunikator i parę innych gadżetów, w tym GPS.
                Założył go i uruchomił, siadając przy komputerze. Trącił myszkę aby wyłączyć wygaszacz ekranu.
                Nie było otwartych plików z cyframi. Zaniepokojony sprawdził folder z wynikami skanowań. Tam był tylko film z pierwszego naboju.
                Na pewno nie miał zwidów. Aż tak głodny nie był. Podłączył ostatkiem kabli nabój numer dwa, zatrzymał skanowanie kolejnych i znó je włączył dla tego.
Tym razem zajęło tylko chwilę – komputer rozpoznał go już jako nośnik danych – ale zawartość było nieco inna. Oprócz dwóch plików z tekstem był tam jeszcze jakiś program. Zaciekawiony przestawił antywirusa – również od doktora – na maksymalną możliwą ochronę i uruchomił nowy plik.
                Wyskoczyło okienko z napisem „Namierzanie”, które po krótkiej chwili zniknęło. Zamiast tego w folderze pojawiły się dwa nowe pliki tekstowe. Otworzył te i dwa poprzednie. Nowe wyniki był diametralnie różne. To namierzanie potwierdziło jego przypuszczenia. Uruchomił GPS i wprowadził doń dwa znaczniki o współrzędnych z plikó na komputerze. Urządzenie szybko przetrawiło dane i pokazało obraz satelitarny miasta, a na nim dwa czerwone punkty. To był współrzędne geograficzne,a cokolwiek one wskazują, jest niedaleko. Wspaniałe wieści. Nacisnął palcem jeden z punktów natychmiast wyskoczyły informacje o miejscu.
                Cmentarz. Świetne miejsce na schowanie czegoś przed nim. Panicznie bał się duchów. Śmieszne, ale niestety prawdziwe. Otworzył informacje o drugim celu.
                Willa jakiegoś biznesmena. Jakiś kolekcjoner zagarnął nabój. A że bogacz, po dobroci go nie odda.
                I tym samym poszukiwania stały się trudniejsze. Wyjrzał na zewnątrz. Było już ciemno, tylko kawałek nieba był oświetlony przez odchodzące słońce niezasłonięte przez chmury. Ale przynajmniej przestało padać.

Thursday, 6 December 2012

Dziesięć żądeł, pt23


W lodówce nic konkretnego nie było, a pogoda skutecznie odrzuciła pomysł wycieczki do sklepu. Zaglądnął do portfela, wciąż leżącego w mokrych spodniach. Miał jeszcze nieco pieniędzy, dość na drugą z rzędu chińszczyznę. Zadzwonił więc do restauracji. Po złożeniu zamówienia ustawił niebieskie naboje w rzędzie przed monitorem i podłączył dwa nowe do komputera. Ten od razu wziął się do roboty. Owen natomiast siedziałoparty o biurko i wpatrywał sięw sztuki amunicji, zastanawiając się nad znaczeniem liczb na ekranie.
Spędził tak czas do przybycia chłopaka z restauracji. Odbierając jedzenie stwierdził, że nie zazdrości mu pracy – w takiej pogodzie jeździć do różnego statusu części miasta za psie pieniądze. Chociaż przyznał, że to przynajmniej pewna i bezpieczniejsza niż jego robota. Zjadł pierwszy porządny posiłek dnia przy stole w kuchni, ciągle myśląć o liczbach pomimo zmęczenia, które odciągało jego umysł od zadania, zamiast tego sprawiając, że wędrował po własnych ścieżkach, corza bliższych przyziemnych spraw, aż w końcu całkiem odpuścił i skupił siętylko na jedzeniu.
                Pomogła w tym naprawdę dobra chin=ńszczyzna. Zdecydowanie kucharz znałsię na swojej robocie. Szkoda tylko, że tak szybko ją zjadł. Odsunął od siebie puste pudełko i oparł się o stół. Jego wzrok spoczął na ostatnich kilku ziarenkach ryżu które jakoś zachowały się podczas zagłądy w postaci jego pałeczek. Przebyły taki kawał świata z jednym celem, to jest byciem zjedzonym, a jednak nie zostały zjedzone.
                Taki kawał świata...

Wednesday, 28 November 2012

Dziesięć żądeł, pt22


Mijał opustoszałe ulice i sklepy, nie spotykając ani jednej żywej duszy. Po drodze widział tylko raz samochód wolno przejeżdżający obok. Taka samotność działała przygnębiająco, spotęgowana jeszcze przez pogodę. Jednak nie przejmował się tym zbytnio. Rozpierała go duma po zdobyciu dwóch kolejnych nabojów. Przy okazji stracił co prawda niemal całe oszczędności i zużył przysługę Rodriga, ale miał nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na zbieranie pozostałych. Ah, już był cały mokry! Po powroci zostawi swoją misję na później i odpocznie, bo w takim stanie szukanie nic dobrego nie da. Ale skanowanie na pewno pmoże. Zakładał, że każdy nabój przenosi jakieś dane o tym projekcie. Trochę optymistyczne założenie, ale poza nim nie miał już żadnego pomysłu na lokalizację pozostałych sztuk.
W ogóle był pod sporym wrażeniem, że cztery znalazły się w jego rękach. To oznaczało, że gdzieś, ktoś – lub parę ktosiów – ma w swoich rękach pozostałe sześć. Jak Rodrigo dwa, albo Paulinka jeden.
Albo ten Żyd. Albo ktoś jeszcze gorszy. I tak wierzył, że jest w stanie je zdobyć.
Wbiegł na teren osiedla. Tu również nie było nikogo, po dzieciach nie pozostał żaden ślad. Nic dziwnego przy takim deszczu. Dotarł wreszcie do zadaszonej klatki schodowej. Był do cna przemoczony, uparcie ściskając czwarty nabój. Już spokojnie wszedł po schodach do swojego mieszkania. Zaraz po zamknięciu drzwi zrzucił z siebie wszystko na suszarkę w przedpokoju i ruszył pod prysznic. Zadanie zadaniem, trzeba dbać o swoje zdrowie.
Gdy wreszcie już stwierdził, że wystarczająco się ogrzał, poszedł do komputera i ubierając sie patrzył na wyniki skanowania drugiego naboju.
Właściwości był niemal identyczne z poprzednim. Waga, rozmiary i te sprawy.
I tak samo jak poprzedni, był nośnikiem danych. Jednak zawartość była diametralnie różna. Nie było żadnego filmu.
Były tylko dwa pliki tekstowe, a w każdym po dwa ciągi liczb. O co w tym chodziło? Nabój, zamiast odpowiedzieć na jego pytania, dodał nowe. Może to jakieś kody dostępu? Ale jeśli tak, to do czego i gdzie to jest? Albo zaszyfrowana wiadomość? Tym gorzej – nie znał kodu do szyfru, a złamanie go na pewno zajęłoby dużo czasu.
Nagle żołądek przypomniał mu, że nic dzisiaj nie jadł.

Wednesday, 21 November 2012

Dziesięć żądeł, pt21


- No co tak siedzi, milczy i się gapi? Przyszedł handlować, niech handluje, a nie czas mi zajmuje i nic nie osiąga – głos Żyda wyrwał go z rozmyślań. I dobrze.
- Zgoda. Więc powiem krótki. Wiem, że jest pan w posiadaniu pewnego niebieskiego naboju. ten nabój chciałbym od pana odkupić.
- Niebieski nabój! A to nie wie, że kolorowe są tylko zabawki dla dzieci, a nie naboje! – Zbulwersował się handlarz, wyrzucając ręce w górę.
- Właśnie niebieski. wiem, że go pan ma i chcę go odkupić – powtórzył spokojnie Owen.
- No niech mu będzie, uparty jak osioł i się jeszcze przymila – dziadek wstał i podreptał do meblościanki, wyciągając pęk kluczy. Otworzył jedną ze środkowych szufladek i wyciągnął towar. Wyglądał tak, jak pozostałe. Serce Owena aż zabiło szybciej.
- O ten właśnie mi chodzi – powiedział.
- No przecież wiem, że ten! – Odkrzyknął mu staruch. – Jeszcze kolory rozróżniam! Ci ludzie w dzisiejszych czasach, całkowity brak szacunku dla starszych. I jeszcze się buntują, jak się im pokazuje, że źle robią i poprawia. Ej, źle się dzieje, oj źle – marudził, wracając do stołu. – A co ma w zamian za to? – Zapytał.
- Mam takie małe cudo – odparł, wyciągając zawiniątko Rodriga i przesuwając je po stole w kierunku Żyda. Ten jakby od niechcenia podniósł pakunek i rozwinął papier, wyciągając srebrny wisiorek z dużym szafirem na miejscu medalika. Nic dziwnego, że nie mógł tego sprzedać. Na pewno nie przychodzili do niego chętni na coś takiego.
Przynajmniej się mu podobał. Chyba. Oglądał go z lekko otwartymi ustami, trzymając łańcuszek tuż przy oczach.
- Jest wart zdecydowanie więcej niż nabój – zauważył lekko zaskoczony tym faktem Owen. Chociaż wiedział, że nie będzie to aż tak proste.
- Ładny, ładny, nawet duży... – mruczał do siebie Żyd, oceniając biżuterię. Owen cierpliwie czekał na werdykt. Zegar odtykał dobre parę minut, zanim wisiorek wrócił do opakowania.
- Za mało za nabój – stwierdził krótko.
- Co? – Padło równie krótkie pytanie.
- No jak to co? No jak to co!? Za mało! Przynosi mi tu takie małe coś, chce w zamian takie rzadkie i jeszcze się dziwi, że nie dostaje? I jeszcze gada jak z obory, a do bogactwa się pcha! Co za ludzie, co za świat!
Gadanina zaczynała wytrącać go z równowagi. Z takim podejściem powinien mu dopłacić do naboju, a nie jeszcze narzekać. Szybko się opanował i zaczął:
 - Na pewno nie za mało. To tylko nabój, o wartości tylko dla kolekcjonerów. Takich, wnosząc po wystroju, wiele tu nie przychodzi, bo raczej nie grzeszą dużym majątkiem. Naszyjnik natomiast kupi dużo więcej osób i za jeszcze większą cenę, z której podbiciem nie będzie pan miał problemu. Zyskamy na tym obaj.
Dziadek uważnie go słuchał, a gdy skończył, chytrze się uśmiechnął.
- No, czyli jak chce, to nie jest taki głupi. Szkoda tylko, że nie chce – zaśmiał się cicho. – Niech będzie, że ma rację. Wisiorek za nabój, żeby to ojciec widział... świat schodzi na psy, mówię! – Trajkotał, zawijając z powrotem naszyjnik i podając Owenowi upragniony czwarty nabój. Ten wziął go, uścisnął starą rękę i podniósł się, gotów do wyjścia i zadowolony ze swojego sukcesu. Liczył, że starzec go odprowadzi, on jednak wrócił do swojej księgi i nie zwracał uwagi na otoczenie.
- To ja pana zostawię. Do widzenia – rzucił.
- Tak, tak, niech zamknie drzwi – wymamrotał Żyd nawet nie podnosząc wzroku.
Owen wzruszył ramionami i wyszedł przez ciemny korytarz na zewnątrz, ostrożnie zamykając drzwi. Nadal lało jak z cebra. Westchnął zrezygnowany, założył kaptur i pobiegł do domu ściskając w dłoni nabój.

Wednesday, 14 November 2012

Dziesięć żądeł, pt20


- Dzień dobry, przyszedłem coś od pana odkupić i...
- Pana! Odkupić! Dobre sobie! Ja nic nie sprzedaję, nie kupuję, nic! A teraz wara!
- Rodrigo twierdził inaczej... – zdołał wydusić zanim drzwi zamknęły się z hukiem tuż przed jego nosem.
I znowu się otworzyły.
- Rodrigo, hę? Powinien uważać, jaki motłoch tutaj zaprasza. Ja nie prowadzę tu żadnego hotelu żeby każdego po kolei z ulicy zapraszać. Wejdzie i zamknie drzwi może wreszcie? Przeciąg tylko robi i ledwo się odezwie – Żyd podreptał z powrotem do ciemnego środka. Owen posłusznie spełnił jego polecenia i podążył za nim. Ściągnął kaptur. W środku przecież nie padało.
Niemal natychmiast ogarnął go silny zapach stęchlizny. Ten przeciąg jednak by się przydał. A oświetlenie jeszcze bardziej. Jedyne światło dochodziło z otwartych drzwi na końcu korytarza, przez które właśnie przeszedł starzec.
Wspomnienie o Rodrigu może nie było najmądrzejszym posunięciem, ale przynajmniej dostał się do środka. Poza tym, wyglądało na to, że się znają, więc może nie będzie miał o to pretensji. I skąd mógł wiedzieć, że staruch będzie taki rezolutny?
Był wielce ciekaw, jakie skarby sprzedaje tajemniczy człowieczek. Jeszcze kilka kroków i....
W przejściu stanął jak wryty. Widok odjął mu mowę i stał, gapiąc się na pokój.
Nie za bardzo wiedział, czego się spodziewać, jednak na pewno nie tego. Pokój był raczej mały, odpowiedni dla tego typu budynków. Na tym kończyły się podobieństwa do ruder.
Pomieszczenie pełne było różnorakich skarbów. Naprzeciwko wejścia stała meblościanka pełna malutkich szuflad. Mógł się tylko domyślać, co zawierały, a reszta dawała do myślenia. Przed meblościanką stał mały ołtarzyk ze złotą Menorą, jakąś księgą i paroma pojedynczymi świecami. Po swojej prawej miał prawdziwie banalny kufer pełen złota i innych błyskotek. Nad nim, na kilku półkach błyszczały różnego rozmiaru puchary i kielichy. Dalej, w kącie, stała komoda, zza przeszklonych drzwiczek zdradzająca porcelanową zastawę jako zawartość. Następny był zegar wysoki niemal do sufitu, z wymyślnie wykończonymi wskazówkami i wahadłem wysadzanym kamieniami szlachetnymi. Na środku, pod ogromnym, rozłożystym żyrandolem siedział przy stole Żyd, skrobiąc coś w grubej księdze. Na przeciwległym końcu, trochę psując kompozycję, wisiał duży telewizor naścienny, z puchowymi kanapami i małym stolikiem na kawę. Całość dopełniały wszechobecne i różnych wzorów oraz wymiarów dywany i obrazy. Nie było skrawka podłogi bez dywanu i ściany bez działa sztuki.
Opanował się i siadł na wolnym krześle. Jak na razie wszystko, czego doświadczył, mocno go zaskoczyło. Przepych bił w niego niezależnie od tego, gdzie skierował wzrok. Nieważne, jakim ten dziadek był handlarzem, nie mógł  tyle zarobić na banalnym kramarstwie. Musiał coś ukrywać. Chciał wiedzieć co, ale nie mógł go po prostu zapytać. Cała sytuacja wydawała się mu bardzo niekomfortowa, więc postanowił jak najszybciej dobić targu i wrócić do siebie. Nawet ulewny deszcz wydawał mu się teraz przyjemny.

Wednesday, 7 November 2012

Dziesięć żadeł, pt19


Znów nie mając dużego wyboru, schował zawiniątko do kieszeni, przy okazji macając zawartość, – wyczuł drobny łańcuszek i coś większego, twardego, jak kamyk – założył kaptur i pobiegł w prawo, unikając kałuż i szukając budynku. Puste stragany skłoniły go do refleksji. Jeszcze przed chwilą to miejsce było zatłoczone i pełne życia, a taka drobnostka jak deszcz przegoniła stąd wszystkich, zostawiając tylko jego, wszechobecne kałuże i rdzewiejące szkielety kramów – wytrwałych, pozostałości „ataku” na ludzi, i pozostawione szczątki cywilizacji. Oto, jak prosto i szybko można zniszczyć ludzkość.
Otrząsnął się z mrocznych wizji wojny i zniszczenia zbliżając się do starego budynku z właśnie siedmioma oknami frontowymi. Czas wywarł na nim swoje piętno – z dwupiętrowej kamieniczki odpadło wiele tynku, same okna były stare i był prawie pewien, że przez dach przecieka woda. Całość sprawiała wrażenie rudery, jakby w każdej chwili mogła się zawalić.
Niebo rozświetliła błyskawica, dodając do efektu niczym z horroru. Owen się tym nie przejął Podbiegł do daszku nad wejściem, westchnął z otuchą i otrzepał się jak kot. Przez burzę zrobiło się tak ciemno, że przy osłoniętych drzwiach panował półmrok. Nie widział żadnego dzwonka do drzwi, ale zwalił to na ciemności. Spróbował go wymacać. Żadnego nie znalazł, ale włożył rękę do przynajmniej dwóch pajęczyn. Zrezygnowany i lekko obrzydzony zwyczajnie zapukał do drzwi.
Nikt nie otwierał. Zapukał jeszcze raz i czekał. Dalej nic. Zapukał po raz trzeci, głośniej. I nic. Może spał, albo nie słyszał. Westchnął i zbierał się do biegu przez deszcz z powrotem do domu. Ta perspektywa jednak nie była zachęcająca.
Usłyszał przytłumione kroki za sobą. Ktoś w środku szedł do drzwi. Odgłosy narastały, wreszcie ustały tuż przy drzwiach. Otworzył się jeden zamek. Drugi. Trzeci. Odsunął się łańcuch. Wreszcie czwarty zamek i drzwi stanęły otworem. 
A za nimi widział ciemność. Pustkę. Spojrzał w dół i zobaczył małego Żyda.
Nie mógł znaleźć dla niego innego określenia. Wzrostem był na poziomie jego brzucha. Na pewno był niski z natury, a garbata postura tylko zwiększała różnicę. Miał bielutkie, długie włosy i brodę, charakterystyczny kapelutek i czarne szaty. Cała postawa dawała wrażenie słabej i wrażliwej, ale jednak mądrości. Wypisz, wymaluj Żyd. Nawet pachniał cebulką.
Ale w ogóle nie przypuszczał, że tak się odzywa.
- Czego? Na górę właśnie poszedłem i zaraz się kto dobija. Nie widzi, że późno?
Nie wiedział co powiedzieć. Taki początek rozmowy był całkowicie nieoczekiwany. Zamykał i otwierał usta walcząc z zaskoczeniem i gapiąc się na dziadka.
- No co tak stoi, rozdziawia gębę jak ta krowa? Nie mam na takich czasu, co przychodzą i tylko mi głowę zawracają. No wyduś to z siebie!
Autentycznie myślał, że gość zaraz go pobije.